Zgraja Abiatara

Zderzenie z suskimi samorządowcami upewnia mnie w przekonaniu, że wrodzona dziennikarska szujowatość we mnie występuje w nadmiarze.

Grzechynia, jedna z bardziej znanych miejscowości powiatu suskiego. Głównie za sprawą ks.Piotra  Natanka i jego wyznawców. Pustelnia Niepokalanów z pustelnią niewiele ma wspólnego, a solidne  mury, baszty i budowle przyprawiają o zawrót głowy. Przede wszystkim inspektorów nadzoru budowlanego. Ja jednak zatrzymuję się przy pierwszej z bram. Wielka tablica informuje, że jako dziennikarz nie mam tu czego szukać. Co gorsza, po przekroczeniu progu spotka mnie zasłużona kara – zapadnięcie ziemi. Cofam się odruchowo o krok, mimo, że nie do końca wiem, co spotkało zgraję Abiatara. Bo choć ten był postacią biblijną z czasów króla Dawida – nawet we wszechwiedzącym Google nie mogę znaleźć nic na temat tej dramatycznej historii.

Nie pierwszy raz czuję się jak reprezentant w domyśle podłej Zgrai Abiatara. Zderzenie z suskimi samorządowcami upewnia mnie w przekonaniu, że wrodzona dziennikarska szujowatość we mnie występuje w nadmiarze.
Po napisaniu reportażu „Niechciani hrabiowie”, w którym chyba jako jedyny dziennikarz rozmawiałem ze spadkobiercami rodu Tarnowskich ubiegających się o zwrot zamku – spotkałem się z potężną krytyką. Dla mnie, przedstawienie także ich punktu widzenia wydawało się czymś naturalnym. Jednak  suscy samorządowcy rolę prasy widzą zupełnie inaczej. Choć w tekście skupiłem się raczej na powojennych dziejach rodziny i wspomnieniach hr. Tarnowskiego to suscy miejscy radni byli oburzeni. Pierwszy raz uczestniczyłem w ponad półgodzinnej połajance mnie na publicznym forum rady miejskiej. I śmiesznie. I strasznie. Tym bardziej, że dowiedziałem się między innymi, że pewnie jestem antysemitą skoro dziwię się, że w Suchej bardziej kultywuje się pamięć o Billy Wilderze, który tu się jedynie urodził, niż o zasłużonym rodzie.
Potem mogłem się dowiedzieć, że jestem nie tylko nierzetelny, ale i bezczelny. Tylko czekać aż pode mną zapadnie się ziemia jak pod zgrają Abiatara.

Nie ma co się rozczulać – innych dziennikarzy władza pozywa do sądu, a bywa, że wyprowadza w kajdankach ze swych urzędów.

Rolą tej dziennikarskiej Zgrai Abiatara jest mimo wszystko nie dawać spokoju naszej kochanej władzy. Taka praca. I trzeba pamiętać, że w tym zawodzie znacznie niebezpieczniejsze jest poklepywanie nas po plecach  przez wójtów, burmistrzów i różnej maści przewodniczących niż wyraźna z ich strony wrogość. I trzeba się nauczyć, że w ich ustach słowa: bezczelność, pismak, szmatławiec, brukowiec to dla nas czystej wody komplement.



« (Wcześniejszy tekst)
(Późniejszy tekst) »