Caravaning po polsku czyli bałtycki survival

caravaning

Wracam tu z uporem maniaka. Choć odradzają, pukają się w czoło przypominając jak trzeba mieć narąbane, by jechać nad Bałtyk. I to pod namiot. Ot taki swojski caravaning.

Druga nad ranem. Furkot jakbym leciał kukuruźnikiem stonkę opryskiwać. Tyle, że to wcale nie sen, choć do odlotu blisko. To furkot namiotowego tropika nakręconego wiatrem. Do tego błysk dalekich piorunów i człek nie do końca wybudzony myśli niczym w malignie, że unosi się w przestworzach. Podróż za jeden uśmiech. Ze stresem, że po wylądowaniu na jawie okaże się że naderwana dwa lata temu krawędź namiotu ulegnie pod naporem wichury. Nie uległa.

Burza ucichła.

Jeszcze kilka miesięcy temu podczas lektury bloga Primo Cappuccino widziałem się przemierzającego plaże włoskiego buta. Wcześniej oczarowany wędrówkami zaproponowanymi przez Annę w Walii szukałem tanich biletów na Wyspy. Może by odwiedzić Tomka w Anglii albo Monikę w Irlandii. Albo też pójść śladami Kasi z bloga W Krainie Deszczowców i porwać się na wypad do Dublina?
Gdy przyszedł czas na decyzję pojawiła się myśl pierwotna, najwcześniejsza, wypróbowana. Bałtyk. Namiot. Plaża. Przygoda. Czyli Dźwirzyno i to po raz czwarty.

To miejsce demokratyczne. To widać na pierwszy rzut oka. Choćby po samochodach. Kamping nie jest ekskluzywny, a jednak przyjeżdżają kampery z górnej półki jak i skromne autka z namiotami dość wysłużonymi. Dla każdego miejsca wystarczy. Zwykle.

– Coś się tak rozwalił? Pięć miejsc zajmujesz! U siebie w Niemczech to sobie możesz zajmować. A tu, kurwa, się posuń!

– Sam się posuń. Moje miejsce. Spierdalaj! – słychać nieopodal wymianę zdań rodaków z obu stron granicy na Odrze.

Najważniejsza jest atmosfera. Kłótnia szybko wygasa i znów panuje przyjazny piknik.

Caravaning dla każdego

Gdy podczas pierwszego pobytu rozmawiałem z sąsiadami nie mogłem uwierzyć, że ktoś przyjeżdża tu rok w rok od kilkudziesięciu lat. Najpierw z rodzicami, potem z chlopakiem, a teraz z dziećmi i wnukami. Wydawało mi się to dość poronioną ideą, by każde wakacje spędzać w tym samym miejscu. A jednak. Jestem tu już po raz czwarty. I co?Prognozy są bardziej zmienne niż sama pogoda. Po nocnej burzy była jeszcze wichura, ulewa, a właśnie skończyła się najzimniejsza noc. Dziesięć stopni pod namiotem to naprawdę ekstrema. Szczególnie, gdy nastawiasz się na plaże i upały. Ale co tam. Grunt, że wakacje i urlop od pracy.

Jutro ma świecić słońce. I tej wersji będę się trzymać. A za rok? Pewnie znów tu wrócę z uporem maniaka szukać niezwykłych doznań. Dlaczego? Bo Dźwirzyno jest. I już.

PS.

Tekst pisany na komórce, zdjęcie też jest dziełem tego wynalazku. Stąd jeśli nieostre, a we wpisie razi brak formatowań i linków – sorry taki mam klimat. Poprawię jak wrócę do cywilizacji. Kończę bo stoję przypięty do gniazdka w polowej kuchni, a wieje jak diabli!

Hej!



(Późniejszy tekst) »