Silna jak Halny czyli życia proste piękno

Silna jak Halny
Rate this post

Każda jest piękna i niezwykła. Przekonuję się o tym zawsze przygotowując tekst do cyklu Silna jak Halny. Bo każdy człowiek jest ciekawy.

Silna jak Halny i Twardy jak Skała to cykle portretów górali. Pomysł Bartka Jureckiego, który pokazuje mi kolejny raz, że nie ma bezbarwnych życiorysów. Nie ma nieciekawych ludzi. Nie ma osób, które nie mają nic do powiedzenia. I najważniejsze w zawodzie dziennikarza to słuchać, a nie komentować i brylować przed obiektywem.

Nie wiem skąd się to bierze. Bartek robi zdjęcia, a bohaterów wybiera według sobie znanego kryterium. Jest fotografikiem więc patrzy pod kątem obrazu. 
Ale za każdym razem, gdy mam szczęście i przychodzi mi opisać bohaterki i bohaterów obu jego cykli, to jakbym dostępował dziennikarskiego wniebowstąpienia. Życiorysy takie, że powinno się je pisać na kolanach. Cudownych ludzi spotykamy na co dzień. Przechodzimy obok nich i nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy…

Silna jak Halny. Historia Hiobowa

Silna jak Halny
Fot.: Bartłomiej Jurecki

Każda z napotkanych osób była inna. Maria Walkowiec to historia życiowych dramatów. Trudno wyobrazić sobie ból ciężarnej, młodej matki, na której oczach ginie od pioruna mąż. Trudno sobie wyobrazić co czuła, gdy umierał mąż drugi i trzeci. Gdy za cmentarną bramę odprowadzała Antosię i Polcię, swe córki. Uśmiecha się rzadko, ale z oczu bije mądrość i życiowy spokój. Doświadczenie. Skojarzyło mi się z historią Hioba. Bo jak on, przyjmuje każde wyzwanie ze spokojem. Tak się wydaje teraz, po latach. Bo nikt nie zmierzy ilości łez wylanych.

– Takie to miałam „wesołe” życie  – wzdycha ciężko. Ale mimo wszystko nie rozpacza. Co jest najważniejsze? Na to pytanie odpowiada bez chwili zawahania: Bóg. – Człowiek nic by nie zrobił, gdyby nie wierzył. I nie byłby w stanie znieść tego wszystkiego – dodaje cicho.

Silna jak Halny. Spokój godny filozofa

Silna jak Halny
Fot.: Bartłomiej Jurecki

Janina Cyrwus też nie miała łatwego życia – po sukcesach przychodziły porażki, po budowach, pożary, urodzinach – śmierci.

– Kiedyś jeden lekarz mnie zapytał czy jak mnie coś denerwuje, to wolę się wykłócić, czy wypłakać? Powiedziałam, że przecież kłótnia do niczego nie prowadzi, a jak się wypłakać, to w domu, gdy już nikt nie widzi – podaje swą życiową maksymę.

Psycholodzy powiedzą, że nie, nie wolno tłamsić w sobie bólu, przetrzymywać cierpienia. Przecież trzeba z siebie je wyrzucić, wykrzyczeć. Tylko, czy na pewno to przyniesie ulgę? Może czasem trzeba jedynie popłakać w ciemnym kąciku?

Silna jak Halny. Miłość? To proste

Silna jak Halny
Fot.: Bartłomiej Jurecki

Na portret Heleny Sikoń spoglądam z pewną dumą. Wszak osobiście znalazłem się w kadrze. Choćbyście się nie wiem jak wpatrywali – musicie wierzyć mi na słowo. To ja trzymam za nią tło.

A Helena opowiada o swoim pierwszym roku w Górnym Skrzypnem, gdzie mieszka po dziś dzień. Przybyli z Władkiem „na swoje”. To swoje oznaczało kawałek pola i stajenkę, którą dopiero co postawili. Znalazło się miejsce dla krowy, drobiu. I dla nich. Spali z całym inwentarzem pod jednym dachem. Trzymiesięczna Zosia w prześcieradełku zawieszonym na drewnianej  żerdzi. Prawie jak Święta Rodzina. Żeby nie czuć zapachów, okładali drewnianą przegrodę sianem. I jakoś sobie radzili.

Miłość? – No, dość się miłowaliśmy, jakby nie to, to by  dzieciaków nie było – odpowiada rzeczowo na pytanie.

Silna jak Halny. Śmiech jak paciorki różańca

Silna jak Halny
Fot.: Bartłomiej Jurecki

Helena Nędza ma prosty przepis na życie. Jak na góralkę przystało.

– Gdy mam apetyt, to choć co zjem, a gdy nogi nie bolą, to chodzę. Cieszę się, że żyję i Panu Bogu dziękuję za to, bo On wszystkim rządzi, sami byśmy sobie nie poradzili. Szkoda tylko, że katolików jest dużo, ale wielu takich co cieszą się jak ci źle, a jak dobrze – zazdroszczą.

Więc Helena do kościoła chodzi systematycznie, październikowy różaniec tylko raz opuściła. Za drugim razem zagadała się ze mną i nie zdążyła. Mam wyrzuty, ale szybko nasza bohaterka je rozwiewa. – Ej, fajnie się nam rozmawia, to różaniec zmówię sobie potem – dodaje i wybucha śmiechem.
I jeszcze, jakby trochę rozgrzeszona mrużąc oko, zdradza jak to się stało, że nie pije alkoholu.

– Sąsiadka pierwszy raz leciała do Ameryki. Poszłam się z nią pożegnać i wypiłyśmy we dwie butelkę wódki. Syn musiał mnie przynieść do domu na plecach. A co się ze mną działo na drugi dzień! Już nigdy więcej się nie napiłam – poważnieje osiemdziesięciodwulatka. Ale tylko na chwilę.

Dowcip to Heleny sposób na niełatwe życie. Ale skoro najpiękniejszy dzień życia, dzień ślubu, trzeba było iść do pola grule kopać…

Silna jak Halny. W pętelkach życia

Silna jak Halny
Fot.: Bartłomiej Jurecki

Odwiedzając Helenę Molek zauważyłem plastikowy taborecik stojący na środku podwórka. Na progu izby jeszcze pośpiesznie porzucone motki, druty i ręczne robótki. A gdy siadamy w kuchni przy herbacie ona snuje opowieść o swym życiu jakby siedząc na stołeczku plotła te swoje góralskie skarpety.

– Życie przeminęło jakby drzwi otworzył i zamknął – wzdycha. – Dobrze, że daję sobie radę i opieki nie potrzebuję. Jak chcę pogadać, to do sąsiadów idę czasem 2-3 razy przez dzień. Bo ja gadatliwa jestem i żartobliwa – dodaje z uśmiechem na twarzy i zawadiackim błyskiem w oku.

Właśnie ten błysk w oku mnie zachwyca. Życia lekkiego nie miała, a jednak chce pamiętać z niego chwile najpiękniejsze, radosne, pogodne. I dowodzi, że starość potrafi być piękna, radosna i pełna optymizmu. Pomimo bólu i codziennych trosk.
Stefania jest gościem obowiązkowym każdego wesela w rodzinie. I choć tonecnicą już nie jest taką jak niegdyś – niezmiennie od 30 lat wygłasza mowę przed wyprowadzeniem młodych z domu. Zawsze z pamięci, pewnym i mocnym głosem jakby nieprzystającym do drobnej postury.

I tak się życie plecie, oczko za oczkiem, przychodzą kolejne tygodnie, tworząc wzorzysty wzór złożony z radości i skutków, blasków i cieni. I jeszcze jeden element, który zdaniem pani Stefanii te pętelki czasu trzyma w całości. To wiara i modlitwa, które pozwoliła jej przetrwać deszcze i smutki, by cieszyć się radościami.

Silna jak Halny. Okno, radyjko i wyłącznik

Silna jak Halny
Fot.: Bartłomiej Jurecki

Aniela Knap nie ma siły, by chodzić. Więc jak wiele jej rówieśniczek czas spędza w oknie. Kolejny dzień podobny jest do dnia. Pomodli się przy radyjku – dobrze wie, o której godzinie jest Różaniec, o której msza, a o której litania. Pilnie śledzi wskazówki zegara, by we właściwym czasie swoje radyjko włączyć. A, że polityki nie znosi, gdy tylko usłyszy ostatnie „Amen” –  odbiornik skwapliwie zamyka. Bo po co się denerwować? Gdy się nie modli, siada przy oknie i patrzy, co to się na tym Bożym świecie dzieje. A i sąsiedzi są spokojni, gdy widzą ją w oknie. Widać, że wszystko jest w porządku. Często któraś znajoma zajrzy do izby poopowiadać, co się dzieje we wsi, w miejscach, które przed okiem staruszki chowają się gdzieś za zakrętem. I tak czas upływa szybciej.

Słuchaj i milcz

W erze szybkich dziennikarskich opowieści, krótkich depesz, transmisji i fake newsów – Silne jak Halny są życiodajnym oddechem. Błogosławieństwem dla styranej dziennikarskiej duszy. Momentem wytchnienia i zastanowienia się jeszcze – co my właściwie robimy? O co chodzi mediom, światu, czytelnikom? Gdzie biegniemy? Po spisaniu kolejnej historii powtarzam sobie to samo pytanie zadawane każdej z nich: co jest w życiu najważniejsze?


Przedstawione historie to jedynie wycinki spośród wielu opowieści, które publikuje co tydzień w swym wydaniu papierowym Tygodnik Podhalański. Wszystkie zdjęcia są autorstwa Bartłomieja Jureckiego, a teksty piszą na zmianę dziennikarze Tygodnika Podhalańskiego. W planach jest wydanie albumu.

Polecam też: Szpunt. Samouczek dziennikarza