Dziennikarstwo – najprzyjemniejsza z antyprofesji

„Dziennikarstwo jest chaotyczną, nieuporządkowaną formą zarobkowania, pełną żmij, oszustów, a czasem bywa nawet zajęciem męczeńskim wynikającym z niezrozumienia”

– tym cytatem z Andrew Marr’a rozpoczyna swą książkę „Dziennikarstwo – teoria i praktyka” Tony Harcup.

Czasem przypominają mi się te słowa, gdy budzę się nad ranem i zastanawiam się co takiego napisałem nie tak. Na zmianę nie ma czasu – gazeta właśnie wędruje sobie do kiosków, a mnie dręczą myśli – kto się obrazi? Kto napisze polemikę? Kto pogrozi palcem, a kto sądem?

Bywa, że o tej porze przypomina się prawidłowe imię któregoś z bohaterów. Niedawno przerobiłem Alinę na Halinę. I to pisząc tekst dotyczący oświatowych finansów, gdzie zwracałem uwagę na każdy szczegół, by czegoś nie przekręcić. Cyfry się zgadzały – wyskoczyło co innego. Coraz częściej wraca do mnie stare żydowskie porzekadło, że są tacy, którzy potrafią zrobić siedem błędów w trzyliterowym słowie.

Poranny koszmar to także wyobrażanie sobie telefonów z opieprzem od urażonych polityków, urzędników, policjantów czy zwaśnionych dotąd między sobą, a odtąd ze mną sąsiadów.

Parę lat temu, gdy strona internetowa już działała – choć nie do końca wiedziałem na jakich zasadach – pojawił się mój tekst relacjonujący spotkanie Związku Podhalan. Na zdjęciu przy stole zacnie wyzdajani górale, był też podpis i wreszcie sam tekst. Może nieco ironiczny, ale bez szczególnej złośliwości. Mimo to wywołał burzę łącznie z atakami ówczesnego starosty, który w przedstawionym  towarzystwie zacnie zasiadał. O co poszło? O szczegół. Gdy techniczny składał tekst do druku – zgubił zdjęcie. A, że właśnie była sobota, zadzwonił do mnie, wrzeszcząc, że miało być zdjęcia jakichś palantów, a k… nie ma! Szybciutko wyszukałem odpowiednią fotografię w archiwum i żeby nie już nic nie pomylić nazwałem plik zgodnie z zamówieniem: „palanty”.

Wszystko byłoby OK, przecież w druku tego nie widać. Ale tekst poszedł też na do internetu. Ktoś oburzony nieco krytycznym artykułem postanowił go wydrukować i pokazać komu trzeba. Wydrukował też zdjęcie, by była pełna jasność. Po czym przetarł oczy ze zdumienia czytając pod fotografią: palanty.jpg

Afera była, nawet ze spotkaniem na szczycie – starostwo kontra szefostwo. Mnie nikt nie chciał słuchać. Oczywiście zacni górale na zdjęciu nie uwierzyli w żaden tam przypadek…

Opisywałem już na tym blogu kuriozalny przypadek policyjnych przesłuchań za napisanie relacji ze „Święta Jabola”.  Awantury, kłótnie, wizyty wkurzonych krewnych w redakcji to nie tak rzadkie przypadki. Grożenie sądem – również. I czasem trzeba zasiąść na ławie oskarżonych dokładnie tam, gdzie zasiadali wcześniejsi bohaterowie naszych tekstów.

Po co to wszystko? Nie lepiej było skoncentrować się na pisaniu relacji z dożynek i konkursów ogródkowych?

Dziennikarstwo. „Poza zorganizowaną przestępczością, jest to najpotężniejsza i najprzyjemniejsza z antyprofesji” – pisze Marr.

UK in Italy / Foter.com / CC BY-ND

Author : Józef Figura

Dziennikarz Tygodnika Podhalańskiego i trener, właściciel firmy szkoleniowej Warsztat Medialny. Prowadzi warsztaty dla dziennikarzy, pracowników mediów, ale także zajęcia dla studentów oraz uczniów. Właściciel sklepu internetowego ze sprzętem przydatnymi w dziennikarstwie i nie tylko.