Dzień Jabola czyli kuriozalne potyczki z Temidą

Dzień Jabola

Mają Amerykanie swój Dzień Świstaka, my – Dzień Jabola.

To nie będzie jednak historia alkoholowej degradacji. Raczej opowieść o tym, że dziennikarz może trafić przed oblicze sprawiedliwości w najbardziej nieoczekiwanym momencie. I to bez względu na to, czy z prawdziwą troskliwością uważał, by nie naruszyć w żadnym przypadku choć jednego paragrafu prawa prasowego. Udowadnianie, że nie jest się wielbłądem nie należy do nadzwyczajnych zadań w naszym zawodzie.

Rodem z PRL-u

Dzień Jabola to huczna impreza zorganizowana przez Muzyczny Folwark Stara Winiarnia. Pomysł wziął się stąd, że dziś dość ekskluzywny klub i hotel niegdyś mieścił wytwórnię najpodlejszego polskiego wina. Trunek wytwarzany z nadgniłych jabłek w gigantycznych ilościach zyskał sobie sławę ohydnego bełta i jednego z symboli PRL-u. Pomysł na przywrócenie klimatu dawnych czasów był pretekstem do organizacji koncertu jednej z gwiazd polskiej sceny. Impreza doskonała, wszyscy bawią się świetnie, a gospodarz wita gości w kufajce, z papierosem w ustach i jedną z trzech ocalałych jeszcze butelek „Karoliny” w ręku. Kapitalny materiał na artykuł, z czego skwapliwie skorzystałem przypominając na łamach Tygodnika Podhalańskiego tak historię winiarni jak i opisując ciekawą imprezę.
Kilka tygodni później odebrałem telefon od sympatycznej pani oficer zakopiańskiej policji z wezwaniem na przesłuchanie. Gdy próbowałem sobie przypomnieć wszystkie drażliwe kwestie poruszane w artykułach, z słuchawki popłynęło pytanie: pan jest autorem tekstu pt.: Dzień Jabola?.

Przesłuchanie

Cóż mogło w tym tekście stanowić tak wielką obrazę prawa, że jego wnikliwą analizą musiały zająć się organa ścigania?
Okazało się, że jedno z zakopiańskich stowarzyszeń stawiających sobie za cel walkę ze zgubnymi skutkami picia, dopatrzyło się w tekście ukrytej reklamy i propagowania alkoholu. W końcu padła w nim nawet nazwa alkoholu: Karolina, a przecież polskie prawo wyraźnie tego zabrania.  Miałem też naruszyć kolejny paragraf, tym razem prawa prasowego – skoro była reklama, to powinna być ona wyraźnie zaznaczona, tymczasem ani nad, ani obok tekstu nie ma magicznego słowa „reklama” czy choćby „tekst sponsorowany”.
W poczuciu winy, że mimo wszystko moja durna sprawa odrywa policjantkę od łapania prawdziwych przestępców – wyjaśniłem co trzeba. Podobne wyjaśnienia musiała złożyć redaktor naczelna, a nawet wydawca gazety. Ostatecznie, sprawa nie trafiła do sądu, więc mogę domniemywać, że donos po wnikliwym wylądował w policyjnym koszu.

Nieznajomość prawa szkodzi, ale okazuje się, że jego przestrzeganie też nie uchroni przed sądowym pozwem. Jeśli ktoś szuka okazji, by zemścić się na gazecie, będzie szukał każdego pretekstu w prawie prasowym. Idealnym przykładem był również pozew w trybie wyborczym jaki skierował przed laty jeden z kandydatów na posła. Przed sądem potwierdził, że pisząc o jego nieudanej inwestycji podałem prawdę. Na pytanie sędziny o co w takim razie chodzi, przyznał szczerze – ale dlaczego napisałem to teraz, kiedy on kandyduje na posła? Ostatecznie ja nie zostałem skazany, a on nie został wybrany.
Czy da się podobnych sytuacji uniknąć? Nie. I studiując prawo prasowe, karne i cywilne trzeba być przygotowanym na to, że wcześniej czy później nadejdzie nasz własny Dzień Jabola.

Author : Józef Figura

Dziennikarz Tygodnika Podhalańskiego i trener, właściciel firmy szkoleniowej Warsztat Medialny. Prowadzi warsztaty dla dziennikarzy, pracowników mediów, ale także zajęcia dla studentów oraz uczniów. Właściciel sklepu internetowego ze sprzętem przydatnymi w dziennikarstwie i nie tylko.