Redakcja na szczytach

Wyjazd integracyjny

To od nas samych zależy atmosfera i dobre samopoczucie w pracy. A trzeba tak niewiele.

Dobre pomysły pojawiają się znienacka. Trzeba więc o nie dbać i nie dawać im uschnąć. Hasło: kolegium Tygodnika Podhalańskiego w Tatrach dojrzewało. Pierwsza wersja okazała się zbyt skomplikowana. Zebranie całej redakcji w schronisku okazało się niewykonalne. Zawsze ktoś odpadał. A to sesja, na którą trzeba zdążyć, konferencja prasowa, albo prozaicznie – trzeba po pracy odebrać dziecko z przedszkola. Każdy przez to przechodził. I nie sposób było znaleźć idealnego terminu.

Wyjazd integracyjny

To ja. A w dole Dolina Pięciu Stawów.

Pomysł drugi – jeszcze bardziej ekstremalny – wyskoczyć w Tatry i zdążyć na kolegium o 10 rano. Zrealizowany został jesienią przez Zosię Szwajnos i naszą ekipę telewizyjną – Beatkę i Jarka Jastrzębskich. Pękłem. Doszedłem do wniosku, że pokusa pozostania w Tatrach będzie zbyt duża niż poczucie obowiązku. Mam zbyt słaba wolę – zostałbym w górach na cały dzień i olał kolegium.

Wreszcie pojawiła się wersja trzecia. Kolegium w redakcji, a po nim… po cichutku, po kryjomu – spieprzamy do Pięciu Stawów!  Tam nocleg, pobudka o wschodzie słońca i powrót do redakcji. Ale… pojawiła się pokusa. I od początku wiedziałem, że jej ulegnę. Przyznaję się. Zostałem w Tatrach na cały dzień. Ale jak to mówią – lepiej zgrzeszyć i żałować niż żałować, że się nie zgrzeszyło.

Lektura na szczytach

Właściwie nie ma sensu się rozpisywać – wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Na apel rozesłany do wszystkich w redakcji odpowiedziało pięć osób. Termin trafiliśmy idealnie. Środa po południu to przedostatni dzień roku szkolnego. W górach nie ma już szkolnych wycieczek, a jeszcze nie przyjechały wakacyjne tłumy. Stąd moje pierwsze zaskoczenie – droga z Palenicy Białczańskiej do Wodogrzmotów Mickiewicza była okraszona tylko pojedynczymi turystami. A zajrzyjcie teraz, to dowiedziecie się, gdzie podział się tłum z Marszałkowskiej. Od dawna też nie słyszałem, by ktoś w Tatrach mówił „cześć”. No, chyba, że wysoko na szlaku. Ale w Dolinie Roztoki? Też zwykle ciągnął sznur ludzi. Miałem okazję poczuć nieco samotności, bo wyruszyłem w samo południe nie czekając na resztę.

Wyjazd integracyjny

Niczym japońska wycieczka.

Gdy rozsiadłem się wygodnie przy kawie i szarlotce przed schroniskiem w „Piątce” zadzwonił telefon. Pozostała część ekipy czyli Zosia z Telewizorami oraz Rafał Gratkowski już podchodzą od Morskiego Oka przez Świstówkę. I tak nie miałem co robić, więc posapałem im naprzeciw. Na szczycie spędziliśmy ponad godzinę ciesząc się samotnością. Jarek rozstawił kamerę, by zrobić parę ujęć pozostającej w dole Dolinie Pięciu Stawów. Zosia kręciła się z GoPro na trzymetrowym wysięgniku. Cała nasza piątka  – jakby wycięta z japońskiej wycieczki – nie odstawiała od oczu od wizjera aparatu. Szaleństwo. A, że Rafał dźwigał w prezencie dla kierowniczki schroniska opasłe tomiszcze jubileuszowego albumu Tygodnika Podhalańskiego urządziliśmy sesję zdjęciową. Chyba nikt wyżej nie przeglądał okładek TP.

Toast z termowizją czyli temat leży pod nogami

Zejście ze Świstówki było niespieszne. Nad Przednim Stawem zrobiliśmy obowiązkową przerwę. Jak się okazało – była to przerwa na wytężoną pracę. Rafał zagadnął z  dziennikarską ciekawością dwie studentki i wyciągnął od nich, że badają ciepłotę tatrzańskich jezior. Skoro tak – materiał na artykuł zaraz został pieczołowicie zebrany. Stara prawda, że tematy leżą pod nogami sprawdziła się dosłownie. Co prawda, dziewczyny może nie leżały, ale siedziały przy ścieżce, ale można było je nieopatrznie nadepnąć.

Wyjazd integracyjny

Wino w taki pięknych okolicznościach przyrody smakuje nieziemsko.

Dołączyły Telewizory i był też materiał do TVTP. I niech ktoś powie, że się obijaliśmy. Jeszcze wspólna fotka zrobiona kamerą termowizyjną, a potem do dźwiganych z troską prawdziwie szklanych lampek wlaliśmy wytrawne wino. Nigdy nie smakowało lepiej. Podobnie jak litworówka zrobiona przez Zosię i spożywana z małych kieliszeczków.

W końcu trzeba było zameldować się w schronisku. Nocleg w piętnastoosobowej sali okazał się nie lada wyzwaniem. Poza jedynym chrapiącym nie spał nikt. Tym łatwiej było zebrać się po czwartej nad ranem, by zobaczyć Tatrzańskie ściany o wschodzie słońca. Widok nieziemski, jedyny w swoim rodzaju. Aparat oszalał.

Wyjazd integracyjny

Tak wyglądamy w termowizji.

Potem jeszcze krótka drzemka przed śniadaniem i powrotem w doliny przejście przez Szpiglasową Przełęcz z zaliczeniem pobliskiego Szpiglasowego Wierchu. Cudowna droga, fantastyczne widoki, nieco emocji na łańcuchach.

Wyprawa po pracy

I po co o tym piszesz? – zacząłem gadać sam do siebie podczas przygotowywania tego tekstu. Przecież każdy gdzieś, kiedyś wyskoczył na jakąś wycieczkę, zdobył szczyt, przepłynął jezioro, wlazł na wieżę widokową i co z tego?

No nic. Koła nie odkrywam. Ale namawiam do wspólnych wypraw po pracy. Nie tylko wtedy, gdy wyjazd organizuje szef. Chciejmy pobyć razem także w mniej formalnych warunkach. Lubmy się, a będzie nam się pracować lepiej. Nawet w takim zawodzie indywidualistów jakim jest dziennikarstwo.

Wyjazd integracyjny

W drodze na Szpiglasowy Woerch

[grwebform url=”https://app.getresponse.com/view_webform_v2.js?u=PeoJ&webforms_id=2475702″ css=”on” center=”off” center_margin=”200″/]