Wolne media czyli recepta na zdrowe dziennikarstwo

wolne media

Wobec spadku zaufania do dziennikarzy trudno się było spodziewać, że kiedyś usłyszymy tłum skandujący: wolne media. Hasło #wolnemedia pojawia się wszędzie.

Blokada sejmowej trybuny, pikieta pod sejmem, okrzyki „wolne media”, nocny wyjazd rządzących polityków pod eskortą policji i wśród okrzyków wciąż sporego tłumu jak na godzinę trzecią nad ranem. Zapalnikiem, który wywołał to wszystko okazała się próba ograniczenia dziennikarzom dostępu do sejmowych korytarzy.

Widziałem to podczas wizyt w sejmie i wiem, że nie jest to wymarzone miejsce pracy. Nie chciałbym przesiadywać na stołku w holu godzinami czatując, aż z sali obrad wyjdzie ktoś ważny. Oczywiście wolałbym w komfortowym pomieszczeniu najeżonym zdobyczami techniki czekać na tegoż ważnego polityka.

Tyle, że wówczas możnaby liczyć jedynie na reglamentowanego polityka, którego desygnuje na spotkanie partia czy rząd. Polityka, którego zechce wysłać jego ugrupowanie. W takim przypadku nigdy nie zobaczylibyśmy pijanej Elżbiety Kruk czy Ludwika Dorna kroczącego sejmowym holem na ugiętych nogach. Przykłady powtarzają dziś wszystkie stacje. No, prawie wszystkie.

Wolne media – także te lokalne

Ale nie tego boję się widząc zakusy na ograniczenie swobody dziennikarzy. Boję się zapędów kolejnych szczebli władzy, które kochają czerpać z doświadczeń płynących z góry. I wracając ze stolicy na swoje lokalne podwórko już można sobie wyobrazić próby uporządkowania działania mediów, także podczas sesji rad miast i gmin czy posiedzeń komisji. Bywały przecież już wcześniej próby niewpuszczania dziennikarzy na różnego rodzaju posiedzenia pod pozorem zachowania wymyślnych tajemnic.

Długo trzeba było walczyć, by politycy także samorządowi zrozumieli czym jest jawność i ograniczenie ich prywatności. Pamiętam pierwsze szkolenia, które organizowaliśmy kilkanaście lat temu. Wówczas uczyliśmy początkujących dziennikarzy, że burmistrz nie ma prawa do utajniania swoich zarobków. Dziś to oczywiste, ale wtedy władze wymyślały móstwo sztuczek, by się to nie wydało.

Jeśli idący z Warszawy sygnał „ucywilizowania” czy „uregulowania” warunków pracy dziennikarzy dotrze niżej, to możemy się spodziewać pomysłów na posiedzenia za zamkniętymi drzwiami. A może nie można będzie nagabywać radnych na korytarzu magistratu? Kto wie.

Pamiętam przypadek, gdy pewien – były już na szczęście burmistrz – nie chcąc odpowiadać na moje pytania wyznaczył rzecznika prasowego. Tyle, że była to urzędniczka wydziału promocji, która z odpowiedzią na każde poważniejsze pytanie odsyłała mnie… do burmistrza. Ten oczywiście nie odbierał, bo miał rzeczniczkę. I tak w kółko Macieju, aż do wyborów.

Wolne media i zniewoleni dziennikarze

Krew mnie zalewa, gdy słyszę kpiny z demonstrujących dziś w Warszawie i innych miastach. Wiem, że chce się sprowadzić problem do spraw technicznych i ustalenia, czy to lepiej czy gorzej dla dziennikarzy, że władza się o nich troszczy.

Niech władza się przestanie o media troszczyć. Tak będzie lepiej i dla władzy i dla mediów.

Jest cienka linia, granica, której przekroczyć nie wolno. Ani jednym, ani drugim. Równie niebezpiecznym co ograniczanie pracy dziennikarzom jest układanie się mediów z władzą. Gazeta, która otwarcie namawiała do głosowania na Bronka – dziś płaci spadkami nie tylko sprzedaży, ale i zaufania. Inne media przyjęły z lubością rolę tuby propagandowej i podnóżka władzy.

W efekcie mamy największą sprzedaż tabloidów, bo ludzie mają dość prób ich ogłupiania ze strony mediów „opiniotwórczych” . Sami widzą co się dzieje. I dziś wychodzą skandując: wolne media. Nie konkretne gazety i stacje. Ale wolne media. Generalnie.

W tym momencie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które teoretycznie powinno stać murem za dziennikarskimi swobodami wydaje oświadczenie. Z apelem, by nie dać się oszukać zawodowym kłamcom rodem z aparatu bezpieczeństwa PRL. Retoryka godna Gomułki i Urbana.