Dziennikarski warsztat 2. Temat i pomysł

temat i pomysł

Tylko od Ciebie samego zależy czy będziesz się męczył w skórze lokalnego dziennikarza.

W poprzedniej części naszego medialnego warsztatu pisałem o pomysłach na ciekawe teksty. Było o kolegium i burzy mózgów mającej pomóc w wyłonieniu ciekawych propozycji. Jeśli pracujesz w lokalnej gazecie wcale nie znaczy, że jesteś skazany na liczenie dziur w drodze. Ale musisz mieć temat i pomysł.

Anglia nasza lokalna

To był pomysł trochę wariacki. Przyszedł mi do głowy gdzieś nad ranem w bezsenną noc. Wyjazd do Anglii. Przecież mam znajomych, latają tanie samoloty – wypad na 3 dni nie jest wiec wielkim wydatkiem dla redakcji Tygodnika Podhalańskiego. Tym bardziej, że mam zapewniony nocleg, a bilety kupię z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Jeszcze tylko znaleźć ciekawy temat do reportażu i mam mocny argument, by przekonać szefa. Przecież górale są wszędzie, wiec tekst o tym jak sobie radzą i co osiągnęli na obczyźnie będzie strzałem w dziesiątkę.

Poprosiłem krewnego o znalezienie wśród swych znajomych kilku osób, które przyjechały niedawno i pochodzą z Podhala. Z gotową listą wyjechałem do Anglii. Na miejscu znaleźliśmy jeszcze na bezdomnego, który mieszkał z miejscowymi menelami gdzieś w krzakach nad rzeką. Co prawda, góralem nie był, ale jakby nie patrzeć – nasz człowiek. Napisałem reportaż. Niedawno do niego wróciłem. Akurat minęło 5 lat od tamtego tekstu, a ja wyjeżdżałem do Anglii na urlop. Jak tu nie skorzystać z okazji? Powstał więc kolejny artykuł o tym co dzieje się z naszymi bohaterami sprzed lat. Ciekawa historia – jakoś nie wracają do Polski i idzie im coraz lepiej.

Dla czytelników myślę, że były to ciekawe teksty, a dla mnie wielka przygoda. Ale przecież nie tylko górale są wszędzie! Gdziekolwiek mieszkasz – znajdziesz rodaków za granicą.

Temat i pomysł czyli szkoła latania

Czasem człowiek przekombinuje. Miałem zrealizować tekst na rozkładówkę z festynu lotniczego na nowotarskim lotniku. Jedną z atrakcji były skoki spadochronowe w tandemie. Człowiek bez żadnego doświadczenia doczepia się do instruktora i na specjalnym sprzęcie fikają w dół z samolotu na wysokości czterech tysięcy metrów. Widziałem rozpromienione twarze tych, którzy lądowali. Spodobało mi się. Pomysł wydawał się oczywisty – gdy skoczę i opisze swoje  przeżycia, to tekst będzie na pewno zupełnie inny od wszystkich, które musiałem pisać co roku.

– Fantastyczne – pomyślałem od razu nie bacząc na to, że nigdy wcześniej nawet nie wsiadłem do samolotu.

Próba nie strzelba – poszedłem do człowieka z aeroklubu z tą fantastyczną propozycją – rzuca mnie z samolotu, będzie świetny reportaż na jedynkę czyli lepszej reklamy wymarzyć sobie nie mogą. Pomysł się spodobał – niestety sprawa rozbiła się o koszty. Zniżka dla dziennikarza – owszem, ale i tak ostateczna kwota przekroczyła moje oczekiwania. A głupio było mi przy gościu z aeroklubu dzwonić do szefa z pytaniem czy redakcja zapłaci.

Jedynki nie było. Zamiast ze spadochronem, pofrunąłem sobie ze skoczkami na fotelu pasażera. Jesteśmy na wysokości czterech tysięcy, otwierają sie drzwi – z samolotu wypadają po kolei skoczkowie, którzy dotąd siedzieli na podłodze w części, gdzie nie ma foteli.

– Porób sobie zdjęcia – woła do mnie pilot pokazując pustą przestrzeń samolotu po zniknięciu ostatniego skoczka.

Trzymając się kurczowo metalowej barierki sunę na kolanach po podłodze zastanawiając się czy już się czołgać czy przyjąć odważnie postawę bardziej  odpowiadającą istocie ludzkiej. Gdy docieram w pobliże otwartych drwi pstrykam drżącymi rękami kilka fotek. Jedyne słowa, które byłem w stanie z siebie wydobyć – to wyrażające mieszaninę przerażenia i ulgi, że mnie tam w dole teraz nie ma swojskie – o kurwa.

Fire walking czyli dziennikarz na stosie

Znacznie lepszy efekt przyniósł pomysł do którego się zapaliłem po telefonie od znajomego z Czarnego Dunajca. W jednym z pensjonatów razem z trenerami z firmy szkoleniowej organizują fire walking. Impreza jest zamknięta, ale może bym chciał popatrzeć i coś napisać? Wizja poparzonych managerów biegających po polance w ramach szkolenia motywacyjnego była wielce obiecująca, więc z podpowiedzi chętnie skorzystałem. Przed wyjazdem poszukałem i internecie, że to wcale nie musi być sekta, narkotyczny amok czy złudzenia iluzjonisty. Choć do końca nie wiadomo dlaczego – człowiek jest w stanie przejść bosymi stopami po węgielkach rozżarzonych do przeszło czterystu stopni. Pomny lotniczych doświadczeń pojechałem ze znacznie mniej silnym postanowieniem zrobienia czegoś w rodzaju reportażu uczestniczącego. Byłem baerdzo zadowolony, że nie składałem żadnych deklaracji widząc regularny stosik drewnianych polanek ułożonych w niewysoki stos na długości ponad czterech metrów.

Czekamy do zmroku, by efekt był lepszy. Przyglądam się jak to zaczyna płonąć, potem równo dogasa, by ułożyć się w równiutką ścieżkę ognia połyskującą czerwonym blaskiem. Gdy płomienie znikają, a żar żarzy się w najlepsze – słyszymy zasady: nie wolno przebiegać, bo można się sparzyć, idziemy równym, miarowym krokiem, stopy stawiamy normalnie.

Nie ma żadnych czarów. Pierwszy przechodzi Paweł, trener. Potem Bogdan – znajomy, który mnie zaprosił. Pokazują stopy – bąbli nie widać, jedynie trochę brudu. Zbliżam rękę do żaru, by sprawdzić czy  nie robią sobie jaj – gorąco jak cholera. Obok mnie po węgielkach pomyka starsza pani, potem młoda dziewczyna. A w moim wnętrzu wojna jak u młodocianej dziewicy – chciałbym, a się boję.

Nie chodzi o to, że ktoś się będzie śmiał, przecież ja tu jestem tylko obserwatorem. Ale taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć!

Ściągam buty, skarpety, staje na cudownie zimnej trawie  już schłodzonej wieczorną rosą. Za chwile wchodzę w ogień. Pierwszy krok, drugi – nic się nie dzieje. Nie zatrzymuję się, nie uciekam – przecież poza widokiem rozżarzonych polan nic mi nie dolega. Piąty, szósty krok – ścieżka ognia się kończy. Znów  zimna trawa. Stopy całe, żadnych  oparzeń. Wszystko trwa kilka sekund. Ale warto dla tej euforii, która mnie teraz wypełnia. Skoro mogę przejść przez ogień – to mogę wszystko!

Temat i pomysł. Potrafisz!

I z tym przesłaniem Cię zostawiam. Jesteś świetnym dziennikarzem, możesz wszystko – trzeba się tylko odważyć i poszukać swojego tematu. Jeśli uważasz, że bardziej się opłaca pisać bombki z życia działkowców i relacje z sesji, bo to mniej pracy i łatwiejszy zarobek – nie męcz się, zmień zawód.

Ciekawe historie do opisania nie trafiają się co dzień. Ale dla tej jednej, szalonej warto gnieść dupę na twardym stołku podczas przeciągających się w godziny gminnych sesji.

Tylko nie zapominaj:

Tekst Życia jest wciąż przed Tobą!

Ciąg dalszy:
DZIENNIKARSKI WARSZTAT 3. POMYSŁ NA NEWS