Syndrom podłego świata – czytelniczy popyt i medialna podaż

syndrom podłego świata

Świat jest coraz gorszy – mawiamy po obejrzeniu wiadomości. A może takim go tworzymy? Taki syndrom podłego świata w warstwie medialnej.

Katastrofy, wojny, terroryzm, narkotyki, oszustwa na wnuczka. Ciekawe, że ludzie, którzy przeżyli  wojnę i stalinizm dziś mówią, że tak źle to jeszcze nie było. Co, a właściwie kto sprawia, że nastroje mamy tak fatalne?

Syndrom podłego świata – produkt medialny

Pojęcie syndromu podłego świata wymyślił w latach siedemdziesiątych węgierski naukowiec George Gebner. Zwrócił on uwagę na rosnące przeświadczenie o zbliżającym się końcu świata. I to wbrew statystykom, logice i faktom. Rośnie w nas niepokój. Świat jest podły,  ludzie źli, a wszystko zmierza ku końcowi. To jedyna konkluzja po obejrzeniu doniesień z kraju i ze świata. To oczywisty fakt po lekturze coraz bardziej tabloidyzujących się gazet.

I tu widać takie samonakręcające się koło zamachowe syndromu podłego świata. Dziennikarze widzą i wiedzą, że nic tak nie podbija sprzedaży i popytu na newsa jak jego sensacyjność. Stąd serwisy informacyjne otwierają doniesienia o wypadkach, trzęsieniach ziemi, światowych tragediach. To one gwarantują wzrost sprzedaży gazet w myśl zasady, że nic tak nie spowoduje wzrostu nakładu jak świeży trup na pierwszej stronie. To, co niegdyś traktowane było jako środowiskowy żart stało się regułą i zasadą obowiązującą niemal wszędzie.

Pytanie czy to media są odpowiedzialne za nakręcanie syndromu, czy wręcz przeciwnie – odpowiadają jedynie na zapotrzebowanie czytelników? Tych, którzy w zaciszu domu, zgorzkniali siedzą przed telewizorem czekając na potwierdzenie tezy, że świat jest podły, a ludzie źli. Poszukiwaczy teorii spiskowych, że świat jest rządzony przez tajemne siły –  od  masonów przez Żydów po kosmitów i producentów szczepionek.

Syndrom podłego świata i zapotrzebowanie czytelnicze

Kliknij i kup!

Typowy, weekendowy dyżur internetowy na Podhalu. Oprócz standardowo jadowitych i obelżywych komentarzy także skargi. Ktoś podsyła zdjęcie zupy pieczarkowej podanej w schronisku z pływającym w niej robakiem.

– Pani zwróciła mi pieniądze, ale nie przeprosiła – pisze oburzony turysta dodając, że zawiadomił sanepid.

Inny telefon – na Krupówkach załoga karetki kupuje lody. Przecież mają dyżur, powinni być w gotowości do wyjazdu, a nie zajadać się lodami.

Ktoś donosi, że sąsiad kradnie żwir. Na pytanie, czy zawiadomił policję, słychać odpowiedź – kapusiem nie jestem. No tak, łatwiej zrzucić wszystko na gazetę. A potem razem z sąsiadem ponarzekać, że pieprzone pismaki nie mają się czym zajmować tylko tępieniem biednych ludzi.

– A na budowie znów widzę, że robotnicy podpierają się łopatami zamiast pracować – rozwodzi się sympatyczna pani tak, jakby czymś zupełnie oczywistym było machanie łopatą non stop przez osiem godzin.

Pewnie każdy wymieni dziesiątki podobnych lub bardziej drastycznych historii. Syndrom podłego świata kiełkuje w naszych czytelnikach, słuchaczach i widzach podlewany skrupulatnie, a może nawet bezwiednie przez nas, dziennikarzy każdego medium.

Spirala się nakręca, jesteśmy coraz bardziej zgorzkniali i napełnieni defetyzmem. Świat jest zły, a ludzie podli. W  zalewie tych wiadomości przestajemy dostrzegać, że świeci słońce, ludzie się uśmiechają i można przeżyć swe tak krótkie życie pogodnie i bezstresowo.

Dystans

Ale trzeba przystanąć. Miejscem takiego wyciszenia są często rozmowy z ludźmi. Niezwykłymi. Tak jak górale, których fotografuje Bartek Jurecki. Jego autorski pomysł to fantastyczne portrety serii Twardy jak skała i Silna jak halny.

On tworzy fotograficzne portrety, za które już był wielokrotnie nagradzany. My, dopisujemy do każdego tekst. Do obrazu doklejamy słowo. Historię życia, czasem bujnego czasem wydawałoby się wyjątkowo prostego, zwyczajnego.

Wciąż mam przed sobą drobną postać Stefanii Molek ze Starego Bystrego plotącą na trawniku przed domem ciepłą skarpetę. Oczko za oczkiem. Próbuję wydobyć opowieść o zwykłym życiu. Jakbym pruł to, co to życie przez lata naplotło. Pochowała męża i dwóch synów, przeżyła różne dramaty. Ale one gdzieś  ugrzęzły na dnie, wydobywane tylko okazyjnie jak chustki z dna kufra na niedzielną sumę. Ważne jest to co teraz. Skarpeta, którą właśnie plecie, ślubna mowa, którą szykuje dla kolejnego prawnuka. I radość w oczach. Bo życie jest piękne. I krótkie.

Odpoczywam słuchając jej cichego głosu. Przenoszę się w inną czasoprzestrzeń, gdy pokazuje mi starą chałupę, w której z Józkiem przeżyli tyle lat. Syndrom podłego świata ulatuje z dymem pieca, w którym właśnie zapaliła kilka grudek czarnego, błyszczącego węgla. Na rozpałkę używa gazety. Kilka stron, gdzie to ktoś kogoś zabił, gdzieś spłonął dom, a w wypadku zginęli młodzi ludzie. Syndrom podłego świata szybko dematerializuje się zmieniając w popiół ulotny.

Czytaj też: Pobicie dziennikarza i samonakręcająca się tabloidyzacja