Raport Taterników wciąż tajemniczy

Raport Taterników

Są tematy, które powracają. I za każdym razem, gdy odkrywasz coś nowego – budzą nie mniejsze emocje. Jak kontrowersyjny Raport Taterników.

Dla mnie  ta historia zaczęła się w niewielkim przysiółku koło Podwilka. Danielki, początkiem wieku, to kilka domów w tym jeden należący do Jacka Jaworskiego. Ciężko było tam dojechać – kilkukilometrowa polna droga wiodła stromo pod górę, ale mój polonez jakoś sobie z nią poradził. Miałem porozmawiać z człowiekiem, który zajął się trenowaniem dzieciaków jeżdżących na rowerach górskich. Właśnie zorganizował zawody, a ja, lokalny dziennikarz Tygodnika Podhalańskiego zapukałem do jego drzwi, żeby o tym porozmawiać.

Szybko okazało się, że MTB to temat nie tak znów bardzo interesujący. Jaworski zaczął mówić o czymś innym, a z każdym zdaniem jego historia stawała się coraz mniej prawdopodobna.

Jeszcze nie mogłem wiedzieć, że człowiek, z którym rozmawiałem za parę lat przyczyni się do skazania milicjantów plutonu specjalnego, którzy zabili górników w kopalni Wujek początkiem Stanu Wojennego.

Sąd mu uwierzył. Ja też. Tym bardziej, że sprawdzając nieprawdopodobne fakty za każdym razem natrafiałem na dowody potwierdzające prawdomówność Jaworskiego. Byłego milicjanta, goprowca, trenera judo, który szkolił plutony specjalne MO w Tatrach.

 Bandyta w świątyni

Bohaterowie czy łajdacy” to tytuł pierwszego i najważniejszego tekstu, w którym opisałem nieprawdopodobną historię Raportu Taterników.  Nieprawdopodobną, bo ów dokument nigdy nie dotarł tam, gdzie powinien – czyli do władz zdelegalizowanej Solidarności. Nie zachowały się też jego kopie, a to, co trafiło w ręce sądu było odtworzone z pamięci po blisko dwudziestu latach przez Jaworskiego.

Pierwsza moja refleksja? Zbyt wiele zagadek, zbyt mało dowodów. Gdy zjeżdżałem z Danielek z każdym kilometrem rosły wątpliwości.  Co wiedziałem? Jaworski opowiedział, że szkolił milicjantów, którzy podczas wysokogórskich wspinaczek opowiadali mu o wydarzeniach na kopalni. Dlaczego mieliby mówić właśnie jemu?

Jaworski miał ciekawy życiorys. Było w nim miejsce na zachwyt komunizmem – studiował Marksizm i Leninizm. Był sport – był judoką, a potem trenerem tej dyscypliny. I propozycja poprowadzenia szkoleń dla tworzonych końcem lat 70-tych jednostek antyterrorystycznych. Ma stopień oficerski, trenuje „komandosów” – jak mówi – święcie przekonany,  że tworzy nowoczesne siły na miarę odpowiedników w Niemczech czy Izraelu. Jako taternik i ratownik GOPR – do szkoleń włącza techniki wysokogórskie. Środowisko taternickie do dziś nie potrafi mu wybaczyć właśnie szkoleń w Tatrach. Do „nieskalanej świątyni gór” sprowadził bandytów z Wujka.

Milicjanci mogli więc Jaworskiemu zawierzyć. Nie tylko jako trenerowi, ale i partnerowi na jednej linie. Oni przecież nawzajem trzymali swoje życie w ręku podczas wspinaczki. Potężny stres, emocje, adrenalina – wszystko to tworzyło więź, która skłaniała do zwierzeń. Na tyle głęboką, że wyrzucali z siebie wszelkie brudy. Jak na spowiedzi. Czasem podczas wspinaczki, czasem wieczorami, gdy siadali do suto zakrapianych kolacji w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów. Jaworski nigdy nie pił. Ku rozpaczy milicjantów  pijackie powiedzonko, że kto nie pije ten kapuje – sprawdziło się w stu procentach.

 Raport Taterników. Spal zanim przeczytasz

Raport Taterników powstał, by stanowić dowód na to, kto strzelał, a kto nie. Kto wydał rozkaz, a kogo nie było na rampie kopalni Wujek. A także, by zadać kłam, że śmiercionośne były przypadkowe kule, błędne rykoszety.

Ale tu pojawiają się kolejne wątpliwości. Raport niby był, a nigdy nie dotarł ani do Wałęsy, ani Bujaka. Był, a nikt go nie pamięta.

Kolejne nieprawdopodobne historie opowiedziane przez Jaworskigo udawało mi się po kolei udowadniać. Dotarłem do o. Hugona, zakonnika, który w tamtych latach był w klasztorze w Czarnej Górze. Duchowny zmarł niedługo po naszej rozmowie. Potwierdził mi jednak historię, która dla niego wyglądała jak esbecka prowokacja. W Wigilie przyszedł do niego człowiek w goprowskim swetrze. Miał teczkę. Opowiedział o sobie przyznając, że jest oficerem milicji. Dodał, że ma tajny raport dotyczący kopalni Wujek. Bardzo ważny więc prosi o przechowanie. Opowiadał też o swych wahaniach, współpracy z opozycją, walce po właściwej stronie.

– Co się stało z teczką? – dopytywałem.

– Spaliłem od razu. Nawet nie zajrzałem do środka – przyznał po latach zakonnik.

Był przekonany, że to prowokacja wymyślona tylko po to, by za chwilę pojawiła się milicja z nakazem przeszukania klasztoru…

Kolejne osoby potwierdzały rewelacje Jaworskiego. Yoshiho Umeda, Japończyk, bliski współpracownik Lecha Wałęsy, z którym spotkałem się w Zakopanem – o raporcie wiedział. Opowieści opozycjonistów z Warszawy czy tych na miejscu, którzy z Jaworskim współpracowali, również układały się w spójną całość. Logiczna okazała się ona także dla sądu. Choć początkowo milicjanci zostali uniewinnieni to powtórka procesu przyniosła wyroki. Nie ważne jak wysokie – najważniejsze, że zapadły. A niebagatelne znaczenie miał tak Raport Taterników jak i zeznania Umedy.

 Przeżyli więc wiedzą

Ta historia nadaje się na scenariusz filmu. Szczególnie scena „wypadnięcia” Jaworskiego z milicji. Sfingował on wypadek na nartostradzie, po którym miał doznać zaniku pamięci.

– Przegięcie – pomyślałem nie wierząc kompletnie w ten bondowski element całej historii. Do momentu, gdy kierownik schroniska w Pięciu Stawach Andrzej Krzeptowski nie zwrócił mojej uwagi, że Jaworski, doświadczony narciarz i ratownik wpadł w drzewo na najłatwiejszym odcinku nartostrady. A potem słuchałem jeszcze lekarza, który opowiadał o przetrawionym bigosie, którym miał ubabrać poszkodowanego, by wszystko wyglądało na objawy wstrząsu mózgu.

Dlaczego przypominam tę historię? W czwartkowym numerze Tygodnika Podhalańskiego ukaże się „Spowiedź potępieńca” – wywiad z Ryszardem Szafirskim. To jeden z dwóch taterników, którzy pomagali w szkoleniach Jaworskiemu i  współtworzyli raport. Człowiek, któremu cała historia złamała życie. Jako szef zakopiańskiego Klubu Wysokogórskiego i jeden z najlepszych polskich himalaistów przeżywa swoisty ostracyzm. Jest uważany za zdrajcę, Judasza, któremu nie warto podać ręki. Wyjeżdża do Kanady i tam zostaje, by przeczekać najgorsze. Ale okazuje się,  że powrót okazał się niemożliwy. Koniec kariery, dobrej pracy, przyjaciół. Rozgoryczenie narasta.

Jaworski też nie zrobił kariery i pieniędzy. Wciąż mieszka na Danielkach, szkoli kolarzy i taterników.

Tych, którzy przygotowali Raport Taterników było trzech. Ostatni z nich, już w nowej Polsce trafia do więzienia. Ale nie za politykę, lecz narkotyki.

Zbliża się rocznica stanu wojennego. Czasem warto, oprócz polityków, którzy chwalą się kombatanctwem – przypomnieć sylwetki tych, którym do końca się nie powiodło.

Rysiek Szafirski wydał książkę „Przeżyłem więc wiem. Nieznane kulisy wypraw wysokogórskich”. Historia kończy się na 1980 roku. Dalsza część życiorysu była dla autora zbyt bolesna…



« (Wcześniejszy tekst)
(Późniejszy tekst) »



  • górnik

    czy opinia, że „Dalsza część życiorysu wciąż jest dla autora zbyt bolesna”, nie jest troche pochopna? Książka, którą napisała Klaudia Tasz, a wydało wydawnictwo Annapurna (to nie „Rysiek Szafirski wydał książkę) wyraźnie dotyczy klimatów górskich. NIe ma tam ani polityki, ani nawet podtekstów tej treści.

    • Własnie – w dalszej części życiorysu brakuje wielkich gór w tle…

  • Pingback: Orawianin, który wsadził do więzienia morderców z „Wujka” | Kurier Orawski()