Pszczeli domek. W pogoni za zdrowym trybem życia

W społeczeństwie, w którym panuje kult suplementów – leżenie na pszczołach może przynieść tylko pozytywne skutki. Najlepiej do tego nadaje się pszczeli domek.

Kładę się na plecach, a pode mną uwija się jak w ukropie blisko ćwierć miliona pszczół. Czuję, jak się poruszają, ciągną i przemykają pomiędzy moimi włosami. Nie mam poduszki pod głową. Pod moją prowizoryczną pryczą uwijają się robotnice trzech rodzin, znoszące nektar, przetwarzające miód, zasklepiające wosk, karmiące królową. Są i 3 matki oraz pogardzana przez człowieka społeczność trutniów. Co to ani pracują, ani bronią. Cały kosmos, zorganizowany, precyzyjnie funkcjonujący, doskonale pożyteczny. I pośród niego ja. Coraz bardziej przepełniony niezwykłym powietrzem pszczelego ula. Zapachem zmieszanym z wonią miodu, wosku, wilgoci i drewna. Niezwykłym i właściwie niedostępnym dla człowieka. Sterylne środowisko przesycone naturalnymi antybiotykami. Propolis, pierzga, świeży nektar, pyłek.

Jest coś jeszcze, czego nie czuję, nie doświadczam zmysłami. To silne biopole, o którym mówią gospodarze i cytowani przez nich uczeni. Ma ono poprawiać system odpornościowy organizmu, odpręża, uspokaja. Tyle, że jego zasięg to zaledwie 60 centymetrów. Stąd pomysł na pszczeli domek.

Tak zaczynam tekst Dom ćwierci miliona żądeł w minionym numerze Tygodnika Podhalańskiego. Temat – jak to często bywa – pojawił się zupełnie przypadkowo. Pasieka Borzęckich została uznana za najlepszą przez mszańskich pszczelarzy.  Podczas krótkiej rozmowy ze  zwycięzcami postanowiłem się umówić przekonany, że Borzęccy na pewno mieszkają w Nowym Targu. To takie tutejsze nazwisko. Okazało się jednak, że bliżej Nowego – i owszem – ale Sącza niż Targu. To i tak dobrze, że nie Yorku więc pojechałem na spotkanie.

Pszczeli domek

Jan Borzęcki zachwala zalety leżenia na pszczołach. Pod pryczą – trzy ule.

Ja wśród pszczół

Maszkowice koło Łącka to jedna z 5 pasiek należących do Jana i Władysławy Borzęckich. Z dala od drogi na malowniczym wzgórzu stoi niewielka altana, blisko 20 uli i niepozorny pszczeli domek, który jest tu najbardziej niezwykły. Jakby kemping, tyle, że ruch przy nim nietypowy. Do sześciu uli, które mieszczą się u jego podstawy pszczoły  latają jak szalone. Jest słoneczny dzień, więc praca wre. Ale po co to wszystko? Ule nie mają dachu, zamiast niego są pokryte siatką, na której wewnątrz domku ułożone są deski łóżka. Wszystko po to, by można było się wyłożyć wśród pszczół. Powdychać nietypowego powietrza, oddać się wpływom niezwykłego biopola.

Więc się kładę dotykając delikatnie obolałego czoła. Przed wejściem dokładnie między oczy dziabnęła mnie jedna z zapracowanych robotnic. Ponoć stanąłem na trasie przelotu. Bo pszczoły Borzęckich nie są agresywne. Wszyscy chodzą bez ochronnego kapelusza, więc nie mogę być gorszy. Dziennikarz co się pszczołom nie kłania. Pogodzony z losem wypijam wapno z nadzieją, że za godzinę głowa nie spuchnie mi do rozmiarów wiadra. Nie spuchła. Jad pszczół Borzęckich nie jest taki jadowity jakby się wydawało.

Ale o czym można myśleć leżąc godzinę na pszczołach?

Ciekawe, że to prawdopodobnie wciąż jedyny tego typu obiekt w Polsce. Choć podobne pszcele domki pszczelarze budują dość powszechnie choćby na Ukrainie. Dopiero co wysłuchałem długich opowieści o dobroczynnym wpływie wylegiwania się wśród owadów. Nie mam podstaw, by nie wierzyć. Zresztą gospodarze nie starają się udowadniać jakiejś niezwykłej cudowności tej metody. Ot, sami czasem poleżą po pracy, innym razem przyjadą znajomi, znajomi znajomych. Ktoś pochwali się, że poprawił mu się nastrój mimo głębokiej depresji, komuś szybkiej zagoją się rany. W społeczeństwie, w którym panuje kult różnego rodzaju suplementów – leżenie na pszczołach może przynieść tylko pozytywne skutki. No, chyba, że ktoś jest uczulony. I stanie na linii przelotu.

Pszczeli domek

Wypatruję pszczół

Prawie jak firewalking

Najbardziej kojąco na mnie działa ciągłe brzęczenie. Początkowy strach o to, co by było, gdyby się to wszytko pode mną zawaliło – ustępuje miejsca poczuciu błogości. Ale nie zasypiam. Próbuję sobie zrobić „selfie” z pszczołami. Wychodzi tak sobie. Nie widać, że między szczebelkami pryczy są setki tysięcy pszczół. Ich odwłoki, skrzydełka, odnóża kłębią się pod delikatną siateczką. Widok niezwykły. Doznanie jeszcze większe. Można by porównać do chodzenia po żarze. Choć przełamanie oporów przed wejściem na czterometrową ścieżkę ognia było znacznie trudniejsze niż zbliżenie się do uli. Ale z firewalkingu wyszedłem bez poparzeń, z ula – z dziurą po żądle między oczami.

Czy po leżeniu na pszczołach jestem zdrowszy? Nie wiem. W końcu nie czułem się chory, gdy wchodziłem do pszczelego domku. Ale odczuwam jakieś zaspokojenie choć częściowo potrzeby dbania o zdrowie. To nie tylko modna ale i w pewnym wieku coraz bardziej doskwierająca potrzeba. Tak jak wówczas gdy Ganduszka, lekarka z Mongolii odczytywała z moich źrenic stan zdrowia, a potem mogłem oddać się dobroczynnemu masażowi. Albo gdy niewidomy Andrzej wydawało się, że gruchotał mi kręgosłup, by go wyprostować. Podobne uczucie zbiorowej troski o stan zdrowia czułem w Dursztynie, gdy podczas mszy o uzdrowienie widziałem mdlejących i padających na podłogę ludzi. Atmosfera zbiorowej ekstazy jakoś mi się nie udzieliła. Ale przysporzyła kolejnego doświadczenia.

Pszczeli domek

Motto na wewnętrznej ścianie pszczelego domku.

Pszczeli domek. Zdrowo przeżyć życie

Gonimy za zdrowiem. Czy to źle? Wręcz przeciwnie. I nie chodzi mi o kult piękna, smukłych ciał i kaloryferów na brzuchach, ale zwykłą troskę zanim ze skierowaniem ustawisz się w kolejce do lekarza specjalisty. I to też jest rola dziennikarzy – namawiać nieustannie do biegania, dbania o siebie, dobrej diety, zdrowego trybu, a czasem nawet niekonwencjonalnych metod dbania o siebie.

I tak wszyscy umrzemy. Ale zróbmy to po przejściu przez życie z uśmiechem na twarzy.

Pszczeli domek

Sielankowy krajobraz pasieki w Maszkowicach

[grwebform url=”http://app.getresponse.com/view_webform.js?wid=11462602&u=PeoJ” css=”on” center=”off” center_margin=”200″/]



(Późniejszy tekst) »



  • Kolejny świetny tekst.
    Nawiązując do tekstu…
    Przypomniał mi się pewien kawał z pszczółka 🙂 ale tutaj nie miejsce na niego 😉
    Reasumując czegóż się nie robi dla zdrowia, urody i sprawności fizycznej 😉

    • Na kawał z pszczółką jest zawsze miejsce… Bardzo proszę….

  • Nie, żebym się zaraz przechwalał, ale właśnie Angora przedrukowała mój tekst z Tygodnika Podhalańskiego „Dom ćwierci miliona żądeł” 🙂

    • Andrzej Ch. z Kolejowej

      Bardzo ciekawy tekst. Właśnie dzięki ANGORZE się z nim zapoznałem. Mieszkam e drugim końcu Polski. Pozdrowienia dla autora i pszczelarza.

      • Dzięki za miłe słowa. A jeśli to drugi koniec Polski – można pomysłem zainteresować miejscowych pszczelarzy, p. Borzęccy zapewniają, że chętnie podzielą się pomysłem i swoimi doświadczeniami.

  • Art. w Agorze spowodował moderację komentarza? 😛

    • Nie, przepraszam, moja wina. Przez jakiś czas próbowałem wprowadzić komentarze z Fb na blogu. Miało wyglądać to tak, że te same komentarze ukazywały się pod blogiem i na stronie. niestety, efekt był taki, że część wpisów była tu, część tu. W końcu odłączyłem wtyczkę – nie wiem czy słusznie… Jeśli dałabyś radę wkleić twój komentarz pod tekstem byłoby super – dolepię moją odpowiedź i będzie jak należy. Wszystko wynika z tego, że blog cały czas dojrzewa, a przynajmniej powinien. Próbuję różnych metod, I czasem popełniam błędy…

  • Będzie ciężko, bo ja piszę z pamięci 🙂 a czasem mnie skleroza łapie 🙂
    Jak dla mnie przedtem było łatwiej 🙂 poza tym mam wrażenie, że za bardzo chcesz być perfkcjonista.
    Ps
    Relax, teake it eazy 🙂
    Jak znajdę czas postaram się 🙂
    Miłego…

    • Perfekcjonista… hm…, wydawało mi się, że raczej jestem przeciwieństwem tego pojęcia 🙂 Ale jeśli chodzi o bloga – robię go sam, inwestuję i strasznie mnie wkurza jak coś nie działa, a według wszelkich danych działać powinno. Ale może rzeczywiście czas zostawić wodotryski i skupić się na treści!