Mój kawałek tygodnikowego ćwierćwiecza

– A c o wy możecie wiedzieć o celi! – zawołał nieco obruszony gość znad gazety. – Dziewiętnaście lat garowałem to wiem, co to znaczy.

W tym momencie i ja podniosłem głowę znad komputera. Garowałeś? To opowiedz o tym…

 

Ćwierćwiecze stuknęło właśnie Tygodnikowi Podhalańskiemu. W grudniu 1989 roku pojawił się pierwszy numer gazety.  Wtedy to było zaledwie 8 stron, czarno – białe zdjęcia i kiepski druk. Od 19 lat to także moje miejsce na ziemi. I przytulne miejsce także dla moich tekstów. Czasem poważnych, czasem mniej.

Pnioki, ptoki, horoskopy

Pierwszy większy tekst przyniósł mi przedsmak tego z czym dziennikarstwo może się wiązać. Było straszenie sądem, oficjalne pisma z żądaniem sprostowania. Czego?

Reportaż nosił tytuł „Pnioki, krzoki i ptoki”. Był o tych, którzy na Podhale się sprowadzili. Górale mówią o takich „Ptoki” co to domu nie mają, tylko przysiadują to tu,  to tam. Ich dzieci, a może dopiero wnuki kiedyś będą mogli powiedzieć o sobie „Krzoki”. Czyli ci, co już się zakorzenili. Ale nie na tyle mocno, by byli nie do wyrwania. Jak „Pnioki”. Aby być „Pniokiem” potrzebne są całe pokolenia, setki lat tradycji, całe genealogie góralskich rodów. Można się zapytać o co się tu spierać?

Z ówczesnym, nieżyjącym już przewodniczącym rady miejskiej i znanym miejscowym psychiatrą umówiłem się w redakcji. Opowiadał o tym jak przybył na Podhale, czego dokonał. Nieco się obruszył, gdy zapytałem go o sprawy rodzinne – o dzieci, dom. Nie chciał odpowiedzieć. Uznałem, że nie ma sprawy, nie chce –  nie musi. Kolega, który redagował tekst uznał, że powinienem o tym napisać. I pojawiło się sformułowanie „nie lubi, gdy pytać go o życie prywatne”. Bez żadnego wartościowania czy złośliwości.

Pan doktor odebrał to inaczej. Uznał  wreszcie, że właściwie jako polityk chętnie opowie o rodzinie. I przyniósł dwie strony maszynopisu. A wcześniej zrobił straszną awanturę.

Ot, taka pierwsza lekcja dziennikarstwa. Bolesna tym bardziej, że z tekstu byłem bardzo dumny i przekonany, że to kawał dobrej roboty i ciepłego przedstawienia ludzi, którzy osiedli w Nowym Targu. Widać, nie wszyscy to tak odebrali.

Zdarza się zebrać też niezasłużone pochwały. Nie wierzę w horoskopy. Ale nikogo to nie interesowało, gdy rozchorowała się nasza redakcyjna tajna „wróżka”. Ktoś musiał ją zastąpić – kolejna dawka złudzeń musiała trafić do czytelnika. Co było robić? Trzeba było przy każdym znaku zodiaku wypisać jakieś kilka okrągło – proroczych zdań. Wiadomo, podstawowa zasada to pisać na tyle ogólnie, by każdy mógł odebrać to do siebie. Podstawowy problem to wymyślenie dwunastu różnych historyjek. Byłem w szoku gdy w czwartek stanąłem w krótkiej kolejce przed kioskiem. Dwie gaździny zgodnie przyznawały, że Tygodnik kupują dla horoskopu, bo ten zawsze się sprawdza. A ostatni był trafny co do joty. Dotarło do mnie, że jego autorem byłem ja sam. Cóż człowiek sam nie zdaje sobie sprawy z tego jakie talenty w nim drzemią. Cholera, a może to był znak, by zostać przy horoskopach? I diabli wzięli intratny biznes…

A co ty wiesz o celi

Lata w Tygodniku to także mnóstwo tematów, które czasem pojawiały się znikąd. Kiedyś do redakcji przyszedł mężczyzna w średnim wieku, by dać ogłoszenie o pracę. Szukał. Chciał jeszcze przejrzeć parę archiwalnych numerów gazety. Siadł przy stoliku i pogrążył się w lekturze. Koleżanki zajmujące się ogłoszeniami zaczęły się zastanawiać, gdzie umieścić reklamę firmy CLI.

– A c o wy możecie wiedzieć o celi! – zawołał nieco obruszony gość znad gazety. – Dziewiętnaście lat garowałem to wiem, co to znaczy.

W tym momencie i ja podniosłem głowę znad komputera. Garowałeś? A opowiedz o tym… Tekst nie mówił o tym jak w pace jest niefajnie. Na rozmowę Marian przyszedł z żoną, z którą byli razem od dwudziestu lat. Pokrótce ich związek można było sprowadzić do jednego słowa – czekanie. On wychodził, potem wracał na parę lat za kraty, znów wychodził, wracał do niej. A ona obserwowała jak bardzo więzienie go zmienia, zdzicza deformuje. Ale cierpliwa była i to jakoś znosiła. Umiała wybaczyć. Toksyczny związek, uzależnienie od siebie, podporządkowanie, a może jednak wielka miłość? Nie mnie oceniać. Ale okazało się, że  czasem warto siedzieć na dyżurze i podsłuchać cudze rozmowy…

A gdybym był młotkowym…

Tygodnik Podhalański to także moja motoryzacyjna inicjacja. Już pracowałem, gdy zacząłem robić prawo jazdy. Oprócz przepisowych kursów, czasem siadałem za kierownicą redakcyjnego poloneza i z  Jurkiem Jureckim ćwiczyliśmy placowe manewry na pustych alejkach zakopiańskiego COS-u. Nie szło mi. Szef się ze mnie śmiał, potem nabrał przekonania, że kierowcy to on ze mnie nie zrobi. W końcu udało się zdać ten cholerny egzamin po pięciu porażkach na placu manewrowym w Nowym Sączu. Pierwszy mój samochód to odkupiony redakcyjny polonez, którego wcześniej zajeżdżałem wśród zakopiańskich lasów.

Gdy po paru latach praktyki wydawało mi się, że już nabrałem pewnej wprawy pojawił się pomysł… pisania o motoryzacji. Dotąd sam się dziwię skąd we mnie taka odwaga. A może tupet? Nie mając zbyt wielkiego pojęcia o tym, czym jest moment obrotowy, po cholerę są tłoki czy choćby jak to jest jeździć normalnym, sprawnym samochodem – postanowiłem oceniać samochody. Ale uczciwie. Z podkreśleniem, że w odróżnieniu od wszelkich specjalistycznych pism motoryzacyjnych – ja będę pisać z punktu widzenia przeciętnego użytkownika. Bo przecież dla właściciela samochód musi się poruszać z jednego miejsca na drugie, robić to niezbyt hałaśliwie i w miarę bezpiecznie. Chciałem pisać o tym, co górale kupują w salonach i na giełdzie, jakie auta kręcą nas najbardziej. I tak siadłem za kierownicą ówczesnego z lekka przestarzałego cuda techniki jakim był daewoo lanos, przejechałem się nowym fiatem stilo czy fordem mondeo, który zrobił na mnie największe wrażenie. Szef jednak dobrze znał moje motoryzacyjne doświadczenie – w końcu sam mnie uczył jeździć. I po paru odcinkach Tygodnika Podhalańskiego za Kółkiem w moim wydaniu – powiedział delikatnie acz stanowczo: dość.

Kariery jako dziennikarz motoryzacyjny nie zrobiłem. Ku swojemu jeszcze większemu zdziwieniu, dzięki Tygodnikowi Podhalańskiemu zostałem trenerem. Początek historii wiąże się z serią wpadek jakie miałem w redakcji. A to jako młody ojciec pozostawiony z dzieckiem w domu nie pobiegłem zrobić zdjęcia robotnikowi, który spadł z dachu, a to przegapiłem jakąś imprezę, na której dziennikarz nie miał prawa nie być. Parę podobnych drobiazgów nanizanych jak paciorki w jeden ciąg porażek może szefowi zasugerować, że ma do czynienia z jakimś totalnym nieporozumieniem. Postanowiłem wziąć się  w garść i już niczego nie zawalić. Tymczasem w Warszawie powstało Stowarzyszenie Gazet Lokalnych, którego jednym z twórców był właśnie Jurek. Nowa organizacja to i nowe pomysły. Jednym z nich było stworzenie grupy trenerów, którzy będą prowadzić szkolenia dla początkujących dziennikarzy i współpracowników.

Gdy ja poszedłem na kolegium pełen mocnego postanowienia poprawy, Jurek przyjechał na nie z planami na przyszłość.

– Józik, chcesz być trenerem? – wypalił prosto z mostu.

A mi głos w głowie uparcie powtarzał, że nie mogę kolejny raz dać plamy i znów odmówić. Kojarząc pracę trenera jedynie z Kazimierzem Górskim oczywiście skwapliwie przytaknąłem. A potem zostałem wysłany na rozmowę kwalifikacyjną do Warszawy, gdzie jechałem absolutnie wyluzowany i ze stuprocentowym przeświadczeniem, że przecież nikt mnie tam nie będzie chciał.

Życie człowieka wciąż zaskakuje. Chcieli mnie. Skończyłem dwuletni kurs, zacząłem szkolić innych i jest mi z tym niezwykle dobrze. Potem pojawił się mój pomysł stworzenia Akademii Medialnej Tygodnika Podhalańskiego i szkolenia, które cieszyły się powodzeniem odwrotnie proporcjonalnie do postępów kryzysu, który zaczął gnębić polskie media.

 A gdyby…

Tygodnikowi stuknęło 25 lat. I może mało by mnie to obchodziło, gdyby pewnego lutowego ranka, 19 lat temu  drzwi redakcji nie były zamknięte na cztery spusty. A były to drzwi redakcji nieistniejącego już tygodnika Nasze Strony.

Najlepsza reklama Tygodnika, a do tego bezpłatna. Czasem warto komuś podpaść...

Najlepsza reklama Tygodnika, a do tego bezpłatna. Czasem warto komuś podpaść…



(Późniejszy tekst) »