Dziennikarski warsztat 6. Lead czyli ściskanie w gardle

lead

W końcu przyjdzie czas, gdy musisz napisać to pierwsze, najważniejsze zdanie w tekście. Nie spieprz tego!

Zawsze należy chwycić czytelnika za gardło w pierwszym akapicie, utopić mu kciuk w tchawicy w drugim i trzymać go pod ścianą  aż do wersu z nazwiskiem

Paul O’Neill.

Właściwie na tym cytacie możnaby zakończyć dywagacje na temat konstrukcji tekstu.

Jesteśmy skażeni szkołą i szkolnymi wypracowaniami. Każdy pamięta przekleństwo planu rozprawki. Wstęp, rozwinięcie – budowanie napięcia i przejście do mniej lub bardziej błyskotliwego zakończenia. Jak było dokładnie – zdołałem wyprzeć z pamięci po 18 latach dziennikarskiej praktyki.

I tak trzeba. Bo informacja w gazecie nie ma prawa wyglądać jak szkolne wypracowanie. Może i stąd wzięła się nieco złośliwa teoria, że najtrudniej z polonisty zrobić żurnalistę. Teoria teorią – znam paru  praktykujących dziennikarsko filologów rodzimej mowy. Widać da się nawrócić nawet najbardziej zatwardziałego grzesznika.

Lead czyli kciuk w tchawicy

Od czego więc zacząć? Czym zastąpić sakramentalne wprowadzenie do tekstu? Tytułem zajmiemy się przy innej okazji. Zresztą sam preferuję wymyślanie go na samym końcu, gdy cały tekst już jest gotowy. Czytając go po raz kolejny można liczyć na intrygujące skojarzenie, które samo wpadnie do głowy.

Na koniec zwykle zostawiam też lead, który jest najważniejszym punktem tekstu. To krótki, często lakoniczny nagłówek, który ma w największym stopniu odpowiadać przytoczonemu na początku cytatowi. To tu masz chwycić czytelnika za gardło.  Zwrócić jego uwagę, zaciekawić na tyle, by zjechał wzrokiem w dalszą część tekstu.

Nie próbuj tworzyć leadu przez mechaniczne wytłuszczenie pierwszego akapitu. Tu nie chodzi o rodzaj czcionki. Tu musi liczy się istota. To  najczęściej jedno – dwa zdania. Moim zdaniem – im krótsze tym lepsze.

Podręczniki uczą nas, że tekst informacyjny powinien odwzorowywać odwróconą piramidę, w której najważniejsze treści znajdują się na początku, mniej istotne zajmują kolejne akapity. Początek powinien dać odpowiedź na 5 pytań, stąd niektórzy nazywają to zasadą 5 W, bo po angielsku właśnie na tą literę zaczynają się pytania: Kto? Co? Gdzie? Kiedy? Dlaczego?

Na te pytania powinien nam dać odpowiedź początek tekstu. Niekoniecznie sam lead – on ma być wabikiem, ale już kolejny akapit powinien nam wyjaśnić o co chodzi. Nie po to, by zakończyć lekturę, ale wciągnąć w poszukiwanie dalszych szczegółów.

Dziennikarski warsztat. Lead jak wielki szlem

Można ilustrować tę teorie przykładami z gazet, pokazywać różne rodzaje leadów. Krótkie, ale ostre „szpile” przeszywające czytelnika, albo rozbudowane wypowiedzi podające na tacy najważniejsze fakty. Intrygujące cytaty lub suche fakty.

I tak na koniec staniesz przed problemem jak napisać lead do własnego tekstu. Tu będziesz jak podczas nauki brydża. Pamiętam mistrzowskie rozegranie szlema z wydawałoby się nieciekawej karty. Długo zapamiętywałem sekwencje zagrywki i marzyłem, że kiedyś zagram to samo. Autorem książki jest nie kto inny jak Janusz Korwin – Mikke. Oczywiście nie będzie odkryciem, że rozdanie takiej samej karty jest jak trafienie szóstki w totka.

Z tej nigdy nie zagranej partii brydża wyniosłem przekonanie, że najlepsze rozgrywki mistrzów nie dadzą tego, co realne spotkanie przy stoliku. Nawet jeśli partnerzy są na przeciętnym stopniu wtajemniczenia. I dalej jestem przekonany, że nauczysz się pisać robiąc to samemu, najlepiej pod okiem dobrego redaktora. A tym bardziej podczas dziennikarskich warsztatów. Realizując szkolenia otwarte dla wszystkich chętnych jak i przygotowane dla konkretnych redakcji ćwiczymy do znudzenia pisanie leadów, wymyślanie tytułów ale też  przeredagowywanie całych tekstów tak, by nadawały się do czytania.

Trening czyni mistrza, szczególnie wówczas gdy prowadzony jest pod okiem eksperta, dlatego zawsze staram się zaprosić na szkolenie kogoś kto nie tylko sam pisze, ale także jest dobrym redaktorem i potrafi pracować z ludźmi.

 Ciąg dalszy:
DZIENNIKARSKI WARSZTAT 7. UTYTUŁOWANI