Kamerka na rowerze czyli sposób na pracowite wakacje

kamerka na rowerze

Wakacyjne odkrycie to nie tylko fantastyczne szlaki nad Wigrami i w Puszczy Białowieskiej. To także kamerka na rowerze jako narzędzie dziennikarskiej pracy.

Lato to nie tylko okres intensywnego nic nie robienia. To odkrywanie nowych ziem, ludzi, możliwości. Choć intensywnie wówczas nie myślimy o pracy – pomysłów do zrealizowania gdy wrócimy nie zabraknie.

Wiem, że mało kogo interesuje to, gdzie byłem i co widziałem. Dodatkowo, wielu solidnie irytuje, jeśli w momencie, gdy sami w upale muszą ślęczeć nad tekstem – kolega z pracy właśnie zasypuje facebooka zdjęciami znad morza, gór, jezior czy gdzie tylko go diabli ponieśli. Frustrujące i wkurzające. Dlatego to, gdzie byłem i co robiłem będzie tylko tematem pobocznym. Choć, nie mogę się powstrzymać od zemsty za te wszystkie otrzymane galerie zdjęć z ciepłych krajów.

Temat sam cię dogoni

Kliknij i kup!

Co robi dziennikarz na urlopie? Przez pierwszy tydzień bezskutecznie próbuje zapomnieć o pracy. Nie udaje się, bo przed wyjazdem jest jeszcze jakiś zaległy artykuł do napisania. W czasie wyjazdu trzeba wysłać też krótki tekst cyklu, którzy samemu się zaczęło i trzeba kontynuować. A jeszcze ktoś zadzwoni z przypomnieniem, by zapowiedzieć jego akcję pod naszym patronatem. Lekko nie ma. Najlepiej telefon wyłączyć, maili nie odbierać, na Facebooka nie zaglądać. Dopiero wówczas udaje się przejść w miarę łagodnie w drugi tydzień, gdzie naprawdę można zakosztować czegoś w rodzaju wypoczynku. Wszystko po to, by w kolejnym tygodniu – o ile los okazał się tak szczodry i obdarzył nas trzytygodniowym urlopem w jednym kawałku – możemy zacząć tęsknic za pracą.

Jednak nie oszukujmy się – trudno robić zdjęcia tylko z myślą o rodzinnym albumie. Oko bezwiednie skręca gdzieś w stronę czystych krajobrazów, nietypowych ludzi i miejsc. Mimo, że jesteśmy dziennikarzami lokalnymi – podświadomie szukamy tematu  do opisania.

Czytaj też: Reset czyli 8 sposobów na urlop

Gdy się na szlak trafia

Green Velo to kultowy już szlak rowerowy ciągnący się przez całą ścianę wschodnią ojczyzny naszej. Miejsce mające już swe miejsce w planach podróżniczych miłośników dwóch kółek. Postanowiłem zrealizować wakacyjne marzenie i wyruszyć w trasę z rodziną. Tyle, że inaczej. Zauważyłem, że najbardziej zachwyci nas Green Velo, gdy… jak najmniej będziemy nim podróżować.

Nie dlatego, że szlak mi się nie podoba. Jest świetny. Ale jego atutem są trasy wiodące dookoła niego. Taki przynajmniej efekt dało nasze zwiedzanie dwóch krain GV – Suwalszczyzny i Puszczy Białowieskiej.

Przemierzając kilkudziesięciokilometrowe pętle, za każdym razem uświadamiałem sobie, że stanowią one o sensie istnienia Green Velo. I wszyscy ci, którzy tworzą kolejne „velo” powinni o tym pamiętać. Bo sam szlak rowerzysty nie zatrzyma. On przejedzie, może coś zje, ewentualnie prześpi się i pojedzie dalej. Trzeba go zatrzymać na dłużej, a to uda się gdy zapewnimy mu to czego naprawdę szuka – dobre trasy.

Nie chodzi tu jednak wcale o kolejne asfaltowane, rowerowe autostrady. Przeciwnie – ważne są leśne drogi, trakty, stokówki czy wąskie ścieżki. Wszystko, co tylko da się przemierzyć rowerem. I co pozwoli poczuć kontakt z naturą.

By to było możliwe, konieczne są dobrze znakowane i opisane szlaki. Pomysły wycieczek podpowiadanych przez osobne strony w internecie. Miejsca, którymi możemy się podzielić. Także my, zwykli użytkownicy roweru poszukujący choćby namiastki prawdziwej przygody.

Kamerka na rowerze – przydatny gadżet

Ale co ma z tym wspólnego lokalne dziennikarstwo? Pracuję w Tygodniku Podhalańskim, i jeśli już, to opisuję do znudzenia trasy Szlaku Wokół Tatr. Piszę czasem o postępach prac nad Velo Dunajec, albo o tym jak wjechać na Turbacz czy Maciejową. A kogo miałby  obchodzić to w jaki sposób przejechałem trasę z Augustowa wokół jeziora Białego i Studzienicznego? Tych, którzy z Podhala ruszą w moje ślady pewnie nie będzie wielu. Ale przecież relacja udostępniona na internetowym portalu może być wyszukiwana i udostępniana przez rowerowych maniaków w całej Polsce.

A sama trasa to cudowny przejazd chłodnymi, nawet w największe upały leśnymi drogami. Czasem dają się we znaki te ich fragmenty, które wyłożone są przykrytymi ziemią betonowymi podkładami. Momentami trzęsie tak, że kask stuka dźwięcznie o czaszkę przyprawiając o ból zębów. Ale ten chłód i widoki są tego warte. Jest mały, drewniany kościółek w Studzienicznej, Kanał Augustowski, przebudowana Śluza Swoboda i Przewięź. A przede wszystkim malownicze jeziora pojawiające się niemal przez całą drogę raz to po lewej, to po prawej stronie. Jakieś 34 kilometry niezwykłej trasy, którą zobrazowałem 6-minutowym filmem.

Kamerka na rowerze jako dziennikarskie narzędzie

I tu miejsce na opis mojego technologicznego odkrycia, które wypróbowywałem podczas wyjazdu. To niewielka kamerka sportowa. Koszt nieco ponad 100 zł, a w tej cenie mnóstwo akcesoriów  pozwalających ją przymocować niemal wszędzie. Dla mnie najważniejszy okazał się uchwyt na kierownicę. Wiadomo – w efekcie obraz czasem drga, pochyla się wraz z ruchami roweru, podskakuje, ale i daje poczucie uczestnictwa w jeździe. Kamerka na rowerze – jak dla mnie – sprawdziła się doskonale. A obejmę, która złamała się, gdy przewrócił się rower nieopatrznie oparty o szlaban – udało się trwale skleić zwykłą kropelką. Kamerka na rowerze przejechała tak kolejne 300 km leśnymi duktami i wciąż się trzyma.

Ważne, by zabierać ze sobą dodatkowa baterię, bo standardowa wytrzymuje blisko półtorej godziny pracy oraz pojemną kartę pamięci. Kamerkę można wykorzystywać też do zdjęć podwodnych, bo ma wśród akcesoriów wodoszczelną obudowę.

Oczywiście tego typu sprzęt dostępny jest od lat, ale teraz cena stała się dostępna dla każdego. A skoro tak to dlaczego nie wykorzystać jej do tworzenia ujęć ilustrujących realizowane dziennikarskie tematy? Kamerka na rowerze sprawdzi się też w innych warunkach. Spróbujcie sami. A póki co – zachęcam, by obejrzeć mój pierwszy film zrealizowany za jej pomocą.