Jacy jesteśmy

Miało być o wsparciu dla Ukraińców i dumie z bycia Polakiem. Będzie o hejcie, wstydzie i tych, którzy w swym egoizmie skłonni są do wszystkiego.

To był przypadek. Przyszedłem w odwiedziny do krakowskiego szpitala św. Rafała. Dowiedziałem się, że w sali obok, tuż za ścianą leży młody Ukrainiec postrzelony na Majdanie przez snajpera. Wszystko co trzeba miałem ze sobą – aparat, notatnik, pióro. Poszedłem od razu.

Roman akurat był sam. Mieliśmy więc trochę czasu na spokojną rozmowę.  Trudno zapomnieć jego twarz – miał oblicze dzieciaka. W końcu to tylko dziewiętnastolatek. W maju miał zdawać maturę. Nic z tego. Ma przestrzelony kręgosłup lędźwiowy. Snajper był dokładny, trafił wówczas, gdy chłopak się schylał. Kula trafiła dokładnie pod uchylony rodzaj prowizorycznego metalowego pancerza, którymi obrońcy Majdanu chronili się przed razami oprawców. Pewnie na uderzenie pałką byłoby to wystarczająca ochrona. Ale kula snajpera i tak weszła pod osłoną. Przebiła kręgosłup i wyszła z przodu. Chłopak stracił czucie. Koledzy ściągnęli go spod obstrzału ciągnąc za nogę. Potem jazda na dachu busa do hotelu Ukraina, szpital w Kijowie, powrót do rodzinnego Lwowa. Koniec końców, razem z pięcioma najciężej rannymi trafił do Polski. Lekarze w Krakowie dają nadzieję, że będzie chodził, choć może nie uzyskać pełnej sprawności.

Na szpitalnym łóżku opowiadał o tym, że walczył za Ukrainę, że z domu wyrwał się ukradkiem nie mówiąc nic mamie ani trzem braciom. I, że nie żałuje. Gdy zajrzałem do niego jeszcze raz przed wyjściem ze szpitala – miał łzy w oczach. Przez Skype’a rozmawiał z kimś na Ukrainie. Był to dzień, kiedy Putin otrzymał zgodę parlamentu na inwazję na Krym. Słyszał, że Rosjanie mają bombardować ukraińskie miasta z Kijowem włącznie.

To straszne, gdy jednego dnia cieszysz się z wywalczenia wolności, a nazajutrz drżysz na myśl o wojnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, jak dodać otuchy, jak go wesprzeć.

Napisałem tekst do Tygodnika Podhalańskiego. Wcześniej zrobiłem krótką zapowiedź na stronę internetową. Zastanawiałem się jaka będzie reakcja czytelników. Będą pytać jak pomóc, wyślą jakieś sygnały solidarności?

Jeden z pierwszych wpisów pod tekstem o rannym nastolatku była uwaga o tym, że jakiś Ukrainiec zajął miejsce polskiemu choremu. Ktoś dodał, że pewnie przez niego umrze jakieś polskie dziecko. Ktoś dorzucił epitet. A potem na całego poszło o mordach UPA.  I choć był to tylko ułamek wszystkich komentarzy, robił przygnębiające wrażenie.

Ilu z nas, Polaków, myśli podobnie? Dla ilu z nas konflikt za wschodnią granicą jest interesujący tyko w kontekście wahań cen ropy i gazu? Dlaczego tak łatwo zapominamy o własnej drodze? Przecież też protestowaliśmy, walczyliśmy, ludzie ginęli od kul. Wtedy otuchy dodawał wolny świat, płynęły dary, wsparcie także polityczne.

Nakarmiliśmy się myślą o własnej wielkości. Że jesteśmy wspaniali i szlachetni. Nie możemy pogodzić się z myślą, że jest – bo zawsze był – jakiś margines społeczeństwa zdolny do wszystkiego. Do Jedwabnego, Goralenvolku i Akcji Wisła. Dziś swą frustrację wyładowuje w komentarzach, albo burdach na stadionie czy przy okazji 11 listopada.

I nie pozostaje nic innego jak czerwienić się i usuwać najgorsze komentarze frustratów. Może Romek tego nie przeczyta.