Ile zarabia dziennikarz czyli trudne życie freelancera

ile zarabia dziennikarz

Wciąż trudna jest sytuacja na medialnym rynku pracy. Szukamy odpowiedzi na proste pytanie – ile zarabia dziennikarz? I dlaczego tak mało.

Dla jednych – własny wybór, podyktowany dążeniem do wolności lub możliwością łączenia pracy dziennikarskiej z innym zajęciem. Dla innych – konieczność, wymuszona brakiem etatu lub zamieszkaniem poza Warszawą, gdzie mieści się większość ogólnopolskich redakcji. W obu przypadkach bycie wolnym strzelcem może mieć wiele plusów, a równocześnie jest bardzo trudne. Problemem są niskie (często wręcz głodowe) stawki honorariów, brak stabilności, a także przestarzałe przepisy o ubezpieczeniach zdrowotnych, społecznych i emerytalnych, które freelancerów nie dostrzegają.

Praca na etat miała się skończyć. Ale wróciła

Kiedy w roku 2005 rozpocząłem swoją pracę w mediach, trend wydawał się być oczywisty. Zatrudnienie dziennikarzy na umowę o pracę odchodziło do lamusa, zwłaszcza w mediach lokalnych. Na umowie o pracę w trójmiejskich, krakowskich czy olsztyńskich gazetach regionalnych byli zatrudnieni tylko pracownicy administracji i księgowości oraz redaktor naczelny, zastępca i redaktorzy działów (a i to nie wszyscy). W porywach na stałą pracę mogli liczyć jeszcze najwybitniejsi dziennikarze śledczy czy publicyści.

Praca całej reszty opierała się na wierszówkach i dotyczyło to także osób, które przychodziły do redakcji codziennie, jak do normalnej pracy. Początkujący dziennikarze przez 2-3 lata zarobili tylko tyle, ile napisali, podczas urlopu czy choroby nie dostawali nic. Żeby zarobić w ten sposób na utrzymanie, trzeba było pracować non-stop, pisząc po kilka tekstów dziennie, unikając urlopów, podczas których w takim modelu nie zarabiało się nic. Ci, którzy przetrwali te dwa-trzy lata próby i okazali się dla redakcji cennym nabytkiem, mogli po tym czasie liczyć na ryczałt, czyli stałą kwotę rzędu kilkuset – do tysiąca złotych miesięcznie oprócz tego, co zarobili na wierszówkach. Nadal jednak nie była to umowa o pracę, ale zlecenie – dawało to jednak pewną stabilność w postaci ubezpieczenia zdrowotnego, emerytalnego czy możliwości nie pozostania bez środków podczas urlopu lub choroby.

Freelancer – zmarnowane nadzieje

W tym systemie sprzed około dziesięciu lat bycie freelancerem było nie najgłupszym pomysłem na rozwój kariery dziennikarskiej. Stawki dla obu grup, czyli tych którzy codziennie przychodzili do redakcji jak do pracy oraz piszących od czasu do czasu zewnętrznych współpracowników, były mniej więcej podobne. Freelancerzy mogli jednak pisać kiedy chcieli i na tematy, na których się znali i w których się chcieli specjalizować. A specjalizacja to w dziennikarstwie ważna rzecz, która bardzo pomaga w karierze.

Przyszłość dziennikarstwa należy do freelancerów – mówili w tych czasach wykładowcy na podyplomowych studiach dziennikarskich. Wiązało się to z ogólnym trendem redakcji do cięcia kosztów, ale też z postępem technologicznym. Mamy laptopy, bezprzewodowy internet, smartfony – fizyczny kontakt z pracodawcą nie jest więc już w wielu zawodach potrzebny. W niedalekiej przyszłości mało kto będzie „jeździć do pracy” w klasycznym rozumieniu tego słowa. Biuro czy redakcję będzie się odwiedzać raz na dwa-trzy tygodnie, resztę spraw będzie się załatwiać elektronicznie, nawet narady można robić przez telekonferencje. Taką wizję świata za 10-20 lat, a więc teraz, snuło kilkanaście lat temu wielu poważnych socjologów, ekonomistów i publicystów. A na pierwszy ogień miały pójść najbardziej mobilne zawody, w których zjawisko „chodzenia do pracy” miało zaniknąć zupełnie: dziennikarze, graficy komputerowi, programiści, tłumacze.

Tak się jednak nie stało. Osoby, które zaczynając kilkanaście lat temu karierę dziennikarską wybrały szlak freelancera, niekoniecznie wyszły na tym najlepiej. Dlaczego ówczesne przepowiednie się nie sprawdziły, a freelancerzy zostali na lodzie?

Ile zarabia dziennikarz? Stawki zmalały, zamiast wzrosnąć

Z perspektywy czasu można zauważyć ciekawą tendencję. Otóż sytuacja osób pracujących w redakcjach lokalnych na stałe wyraźnie się poprawiła: wróciły umowy o pracę lub zlecenia nie przywiązane ściśle do ilości napisanych tekstów, a zarobki wyraźnie wzrosły. O ile w 2005 roku w przeciętny 30-letni dziennikarz regionalnej gazety w dużym mieście wojewódzkim zarabiał 1600 – w porywach 2200 złotych na rękę, dziś spokojnie jest to 2500-3500 złotych. W tym samym czasie jednak stawki honorarium za tekst płaconego zewnętrznym autorom, nawet tym którzy współpracowali z danym pismem nieprzerwanie przez ostatnie 10 lat, pozostały w miejscu lub nawet spadły. W 2006 roku za duży artykuł w wydaniu magazynowym dostawałem 100-150 złotych, za tekst na 3500-5000 znaków płacono 30-70 zł. Minęło dziesięć lat i… stawki się nie zmieniły – mimo iż przez ten czas średnia płaca się podwoiła, a i ceny czy koszty życia wyraźnie wzrosły.

W wielu przypadkach stawki te wręcz zmalały, a ich wysokość osiągnęła wręcz absurdalnie niski poziom, rzędu kraju trzeciego świata. Przykładowo – jeden z najważniejszych ogólnopolskich dzienników, powszechnie szanowany i cytowany, płaci za tekst na 5000 znaków oszałamiającą kwotę 150 złotych. Przy czym samo przygotowanie takiego tekstu wymaga solidnego researchu, często poniesienia kosztów (wyjazdy za granicę, literatura fachowa, czy choćby głupia kawa w kawiarni podczas zdobywania informacji), więc realne wynagrodzenie netto spada do 70-100 złotych. Ile zarabia dziennikarz? Zakładając, że takich tekstów nie uda nam się napisać więcej, niż 3 w tygodniu (bo research itp.), mamy miesięczny zarobek netto na poziomie 1200-1500 złotych – bez ubezpieczenia, urlopu, składek emerytalnych. A mówimy tu o poważnej warszawskiej redakcji, która wcale nie ma kłopotów finansowych – przy czym w innych największych dziennikach te stawki są niewiele wyższe.

Freelancerka: to model na dodatkowy zarobek, a nie na źródło utrzymania

Czym to wytłumaczyć? Otóż stało się dokładnie odwrotnie, niż dziesięć lat temu wieszczyli ci, którzy twierdzili, że przyszłość należy do pracy zdalnej. Kontakt osobisty okazał się jednak ważniejszy, niż myślano. Kto jest na miejscu, kogo codziennie spotykamy w redakcji, na kawie, kolegium, przerwie na papierosa – ten swój, nasz. I tylko takich traktuje się jak pełnoprawnych członków zespołu. Osoby z zewnątrz, choćby były stałymi współpracownikami i pisały świetne teksty, zawsze będą jednak traktowane jako dodatek. Fajnie, że są, ale ich stawki nas totalnie nie obchodzą: gdy trzeba ciąć koszty, obcinane są właśnie wierszówki dla autorów zewnętrznych.

Kilkukrotnie próbowałem ten temat poruszać w rozmowach z redaktorami, wskazując na absurd takiego „cięcia do zera”. Ciekawa sprawa: poważne opiniotwórcze gazety podejmują interwencję w sprawie nieprzyzwoicie niskich wynagrodzeń sprzątaczek czy ochroniarzy, a gdy przeliczyłem swoje honoraria na stawkę godzinową (uwzględniając w to research i wyjazdy), niejednokrotnie wyszło mi mniej, niż 4 złote za godzinę. Motywacją do pisania było więc nie tyle wynagrodzenie, ale chęć przetrwania. „Może to się zmieni, przecież te stawki muszą kiedyś wzrosnąć”- myślałem. Jak się okazało – nie muszą.

Skąd więc tak rażąco niskie stawki? Wytłumaczenie jest jedno: branża medialna uznała, że autorzy zewnętrzni nie utrzymują się z freelancerki, ale mają jakąś stałą pracę (np. etat w innej redakcji lub poza dziennikarstwem), a w ten sposób sobie jedynie dorabiają. A że nie wszyscy? Ich problem.

Mały portal płaci więcej niż duża ogólnopolska gazeta, czyli rynek wierszówek postawiony na głowie

Paradoksem w tym wszystkim jest fakt, że często rozmiar wierszówki jest odwrotnie proporcjonalny do nakładu i rangi gazety czy portalu. Wielokrotnie spotkałem się z sytuacją, że mały, branżowy portal lub powiatowa gazeta płaci więcej, niż wspomniane już ogólnopolskie dzienniki z listy pięciu największych. Do dziś nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak jest.

Jedynym wytłumaczeniem jest fakt, że rynek stawek dziennikarskich nie działa, gdyż informacja o wysokości honorariów nie jest powszechnie dostępna. O tym, ile płaci dana gazeta, dziennikarz dowiaduje się dopiero po tym, jak napisze dla niej swój pierwszy tekst. Trudno nawet o przecieki. Przykładowo, branżowe pisma i portale o mediach, czyli PRESS i Wirtualne Media, dość regularnie publikują swoją dziennikarską listę płac. Dotyczy ona jednak wyłącznie zarobków dziennikarzy pracujących na stałe (ile dostają wynagrodzenia miesięcznie), brakuje natomiast podobnych analiz dotyczących wierszówek. Powinny się tym zająć branżowe stowarzyszenia dziennikarskie (Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenie Dziennikarzy RP), które jednak z niezrozumiałych dla mnie powodów, nie są zainteresowane poprawą sytuacji dziennikarzy-freelancerów.

Ile zarabia dziennikarz? Obowiązkowa gra konkurencji

Takie zestawienia bardzo by się przydały i wpłynęły motywująco na redakcje. Niezbyt dobrze świadczy o poważnym piśmie fakt, że płaci on głodowe stawki. Na razie jednak nikt się tym nie przejmuje, bo ta informacja jest najzwyczajniej w świecie niedostępna. A tymczasem mogłaby (i moim zdaniem powinna) stać się elementem walki konkurencyjnej. „My jesteśmy lepsi, bo płacimy solidnie, a więc po pierwsze – postępujemy etycznie, a po drugie – wyższe honoraria to wyższa jakość publikowanych u nas treści” – takimi hasłami powinny walczyć ze sobą Gazeta Wyborcza, Dziennik Gazeta Prawna, Rzeczpospolita i pozostałe dzienniki. Polepszyłoby to znacząco jakość samych treści, gdyż za 150 złotych trudno jest napisać wartościowy artykuł, poprzedzony kilkudniowym researchem.

Tego typu informacja byłaby też bardzo pomocna dla samych dziennikarzy, zwłaszcza tych początkujących. Nie błądziliby oni jak dzieci we mgle, mogliby lepiej zaplanować swoją karierę. A tego się nie da zrobić, nie posiadając rzeczy najważniejszej – informacji.

Jakub Łoginow

Fot.: Photo credit: Foter.com



« (Wcześniejszy tekst)



  • Adam Kiedrowski

    Smutne. Niestety, myślę, że to się już nie zmieni. Tak jak czytelnicy nie chcą płacić za dostęp do tekstów, tak dziennikarstwo w Polsce jest zajęciem hobbystycznym. Sorry.

  • Adam, wciąż zastanawiam się czy czasem nie jest tak, że ludzie nie płacą za treści w necie, bo im tego nie proponujemy! Dlaczego tygodniki ogólnopolskie sprzedają się w sieci, a lokalne nie? Dlaczego jesteśmy pewni, że jedynym pomysłem są zajawki na stronie i pełna treść na papierze? Ktoś to badał czy intuicja podpowiada?

    • Adam Kiedrowski

      No tak, trzeba spróbować. A gdyby przeliczyć ilość czytelników gazety na ilość płatnych zalogowań minus koszty wydawania gazety… Ho, ho. Byłoby pięknie. 🙂

  • Takiego prostego rachunku oczywiście nie da zastosować. Pozbycie się papierowego wydania to pewnie oszczędności, ale i strata wielu tradycyjnych czytelników. Trzeba pogodzić obie grupy. Stać mocno na dwóch nogach. A mi wciąż się wydaje, że kulejemy właśnie na tą cyfrową kończynę…