Hejt nasz narodowy

Wydaje się, że możemy przypieprzyć bezpośrednio każdemu. Do tego ukryci pod pseudonimem, a więc złudnie bezpieczni.

Nienawiść szczególnie w internecie kwitnie szczególnie przy okazji wyborów. Domorośli hejterzy wszelkich opcji wierzą, że w ten sposób otworzą oczy ludzkości na zło nielubianej opcji. I komentują, krytykują, oczerniają, opluwają. Z błogim przekonaniem o własnej anonimowości i ku chwale ojczyzny. Przelewając żółć ze świadomością, że właśnie zmieniają oblicze ziemi. I ku satysfakcji wszelkiej maści adminów, którzy doglądają na google analitics jak rosną słupki wejść.

Przemoc rodzi przemoc. Internetowy hejt rodzi kontratak. I zdziczenie obyczajów. Co z tego, że odpowiadasz karnie za zniesławienie jeśli mało kto chce się tułać po sądach z jakimś komentatorskim grafomanem?

 Dziki zachód

Jeszcze niedawno byłem przekonany, że nie jest to zjawisko typowo polskie. Wydawało mi się, że pewnie gdzie indziej musi być jeszcze gorzej. Bo mają więcej internautów, bardziej rozwinięte strony, blogi i grupy dyskusyjne. A skoro tak, to musi być i hejt!

Musi? Kasia z bloga W Krainie Deszczowców komentując mój wpis o Romku, Ukraińcu rannym na kijowskim Majdanie i leczonym w Polsce dziwi się reakcji internautów. I podkreśla, że w Irlandii tak źle nie jest. A przecież ja i tak odrzuciłem najgorsze komentarze zostawiając te, które były krytyczne, ale nieobraźliwe. Nie chcę narażać czytelników na chamstwo. Podobnie jak na wielu blogach także i  u mnie obowiązuje zasada „zero hejtu”. Z szacunku. Nie wolno obrażać innych, nie można wyładowywać tu swych frustracji. Wszystkie komentarze są moderowane.

Skąd w nas jest tyle dzikości? Zachłysnęliśmy się demokracją? Przyczyna jest znacznie bardziej prozaiczna. Podobnie jak tabloidy odpowiadają potrzebę czarno – białego przekazu, tak komentarze dają upust emocjom. Wydaje się, że możemy przypieprzyć bezpośrednio każdemu. Do tego ukryci pod pseudonimem, a więc złudnie bezpieczni.

 A komu się będzie chciało!

Wszystko to jest tolerowane przez właścicieli stron internetowych. Bo komentarz pociąga za sobą odpowiedź, ta pobudza dyskusje i w efekcie rośnie klikalność. A hejt napędza emocje znacznie bardziej – przecież na chamstwo trzeba odpowiedzieć, sile trzeba dać odpór. I wszystko się ładnie nakręca. A szczególnie klikalność.

Dlaczego nie może tego zatrzymać moderator? Nie tylko dlatego, że nie chce, ale także woli nie ryzykować. Zgodnie z prawem za komentarze odpowiada komentujący. Ale jeśli administrator zaznaczy na stronie, że są one moderowane – także on ponosi odpowiedzialność prawną! W momencie, gdy komentarz kogoś obrazi czyli „narazi dobra osobiste” to właśnie administratora strony pozywa się do sądu domagając się zadośćuczynienia. I po co to komu? Lepiej zostawić sprawy swojemu biegowi i puścić komentarze na żywioł. Wtedy wystarczy jedynie czekać na ewentualne zawiadomienie o naruszeniu dóbr osobistych, które może złożyć jedynie sam obrażony. I „niezwłocznie” czyli np. na drugi dzień rano wystarczy kliknąć klawisz „delete”, by mieć sprawę z głowy. A jak ktoś chce się procesować to musi zwrócić się do sądu – ten wystosuje żądanie ujawnienia IP komputera hejtera i ruszy długotrwały proces. Komu się będzie chciało?

Bilans

Nic nie wskazuje, by komukolwiek chciało się kruszyć kopię o moderowanie komentarzy. Jakby nie patrzeć – nie opłaca się.

Czy na pewno bilans zysków i strat się wychodzi na plus? Czy pozwalając na chamstwo nie odrzucamy wszystkich tych, którzy są bardziej czuli na brutalne komentarze?  Za chamstwo w internecie odpowiadamy wszyscy – tak komentatorzy jak i moderatorzy, czytelnicy jak i wydawcy.

Coraz częściej na blogach widnieje wyraźny zapis – zakaz hejtowania. Mam nadzieję, że wkrótce pojawi się moda, nacisk by to samo zaczęli wprowadzać administratorzy portali.



« (Wcześniejszy tekst)