Franuś klnie czyli gazeta lokalna w terenie

gazeta lokalna w terenie

Idziemy w teren wykrzyknęła gremialnie redakcja i ruszyła do Ratułowa.

To niewielka wieś na Podhalu. Patrząc od Zakopanego – rzut beretem przez Gubałówkę. Od Nowego Targu – za  Ludźmierzem, skręcić w lewo, potem znów w lewo, dalej prosto, a gdy długo nie będzie nic widać, pojawi się i Ratułów i sklep z rozbitym przed nim namiotem. Oczywiście z wielkim logo i zdjęciami Tygodnika Podhalańskiego.

Kolegium redakcyjne pod chmurką

Zwykle w wakacje staraliśmy się bardziej robić gazetę „pod turystę”. Wiadomo – na Krupówkach rządzą właśnie oni, liczba ludności Zakopanego się podwaja, co jednak zwykle nie wiąże się zbytnio z podwojeniem sprzedaży Tygodnika.

Wymyślaliśmy więc dodatki, teksty z opisami atrakcji czy tras wycieczek. Czy właśnie to skłoniło kogoś do zakupu TP – kto wie? Może.

Ale tym razem dla odmiany rozpoczęliśmy z pompą coś, co ma nas przybliżyć do stałych czytelników. Bo turyści sobie pojadą, a my zostaniemy. Wyruszyliśmy więc – jak już napisałem – do Ratułowa.

Przed delikatesami rozbijamy namiot. Organizujemy tradycyjne kolegium redakcyjne pod chmurką. Zgłaszamy tematy, a potem omawiamy gazetę. A gdy wszystkie formalności są załatwione – ruszamy na wieś. A właściwie każdy osobno pęta się po zaułkach szukając pomysłów.

Wydawałoby się – co można znaleźć na wsi, której liczby ludności nie wymienia na swej oficjalnej stronie nawet rodzima, czarnodunajecka gmina?

Ano – jak się okazuje – można wiele. Ja szukam  oscypkarzy, którzy z robieniem oscypków mają niewiele wspólnego, ale krówskie sery robią wyśmienite. Okazuje się po raz kolejny, że rolnictwo wcale nie upada, a unijne dotacje są na tyle atrakcyjne, że opłaca się wykosić najmniejszy zagonek.

Nie brakuje oczywiście tradycyjnych interwencji. Już samo logo Tygodnika Podhalańskiego przyciąga ludzi jednego z przysiółków, którzy od lat borykają się z brakiem porządnego mostu.  Awanturują się z sołtyską stojąc niemal na środku drogi. Ale kto by się samochodami przejmował. Rozkładam więc ostrzegawczy trójkąt i działamy, póki gorąco.

Tygodnik w Krempachach

Pomysłów było więcej. Z niewielkiej wioski przywozimy materiały na rozkładówkę i jedną z czołowych stron.

Jaki będzie efekt? Zobaczymy. Zanim zaczniemy sprawdzać po wynikach sprzedaży czy było warto – wkrótce wyruszamy do Krempach. To na Spiszu. W rzędach domów urządzonych niczym miejskie kamienice – mieszkają Polacy i Słowacy. Podzieleni czasem historią i zaszłościami, połączeni robotą i sąsiedzką codziennością. Co z tego wyjdzie? Jestem pewien, że tematów nie zabraknie.

Pewnie nie jesteśmy oryginalni, nie odkrywamy  prochu, zapewne wiele lokalnych redakcji robi podobne akcje. A jak nie – to gorąco zachęcam. To wyjście naprzeciw czytelnikom, spełnienie ich oczekiwań i realizacja swojej dziennikarskiej powinności. warto przypomnieć sobie po co wzięliśmy się za tę robotę. I dlaczego robimy to co robimy.

Franuś sprowadza na ziemię

Żeby nie zrobiło się zbyt sielankowo i mdło – na koniec historyjka sprzed kilku dni. Telefon od szefa, który właśnie przejeżdża zakopianką w miejscu, gdzie zaczynają budować nową drogę. – Przyjedź, to niesamowite. Z jednej strony maszyny, z drugiej budowa, a pośrodku stary dom, przed którym staruszek góral siedzi i patrzy sobie przed siebie. Świetny temat. Dlaczego się jeszcze nie wyprowadził? Musisz to zrobić! – zachwala Jurek Jurecki.

Dwa razy powtarzać nie trzeba, tym bardziej, że sam szef się do mnie ozwał. Przyjeżdżam na miejsce. Cudownie! Wszystko się zgadza. I budowa. I dom. I Franuś z ogorzałą twarzą i kijaszkiem w ręku przed domem.

I niemal biegnę ku niemu przygotowując sobie w głowie pytania o przeszłość, wywłaszczenie, powody pozostania. Pewnie przywiązanie do ojcowizny – chodzi mi po głowie. A może to rodzinny dom, z niezwykłą historią, której pogrzebać w gruzach nie zamierza? Niezwykłe! I gdy już jestem na odległość głosu słyszę coraz wyraźniej Franusiowe przesłanie: ty ch…, skur.., sp, b… j…any.

Franuś nie dał mi dojść do słowa. Nie usłuchał, żem dziennikarz i z pomocą bieżę. Swą wiązkę wygłaszał potokiem słów uznanych za najwulgarniejsze, jakie wymyśliła ludzkość. Pomiędzy nie, niczym przecinek wrzucał pojedyncze słowa coś znaczące – a to studnię, a to urzędnika. A w ogóle to lepiej żebym sp…, bo mnie zaj… I ruszył Franuś drobnej postury mężczyzna ku mnie, wymachując kijaszkiem trzymanym cały czas w wątłej dłoni. Ale zdziwił się góral, bo w miejscu w którym  jeszcze niedawno mnie wyzywał już dawno nie było nikogo.

Na pociechę

Na wszelki wypadek dowiedziałem się potem, że Franuś pomocy niczyjej nie  potrzebował. Robotnicy obiecali, że chałupę mu zburzą w ostatniej kolejności. A sam góral wcześniej ma się do rodziny przenieść.

Nie ma to jak łapać temat znienacka!



(Późniejszy tekst) »