Frustracja dziennikarzy – pieniądze to nie wszystko

frustracja dziennikarzy

Jak wiele znaczy słowo dziękuję od czytelnika. Jak często musi stanowić główną satysfakcję. Frustracja dziennikarzy rośnie.

Każdy zna to uczucie. Jedno słowo potrafi podnieść na duchu, dodać mobilizacji i chęci do pracy. Gorzej, gdy nie można na więcej liczyć. A potwierdzają to badania przeprowadzone przez PressInstitute, które przedstawia miesięcznik Press.

Nikogo chyba te wyniki nie dziwią, może z tą różnicą, że o ile każdy miał podobne myśli, to zaskakuje, że frustracja dziennikarzy jest tak powszechna.  Ale nie wynika ona jedynie z kiepskich zarobków i stresującej pracy.

Misja, pasja, atmosfera

Zdecydowana większość pytanych przez PressInstitute doświadczonych dziennikarzy różnych mediów podkreśla, że tak na początku działalności jak i dziś najważniejsze jest dla nich poczucie misji. Kolejne na liście są prestiż zawodu i atmosfera w pracy. Gdy zaczynaliśmy pracę, zarobki stawialiśmy dopiero na piątym miejscu. Ważniejsza od pieniędzy była choćby atmosfera w redakcji. Dla współczesnych dziennikarzy zarobki awansowały na trzecią pozycję w hierarchii ważności. Cóż – w młodości byliśmy w stanie żywić się ideą w większym stopniu. Z czasem odkrywamy, że dzieci jednak karmi się chlebem.

Na to też zwracają uwagę kolejne odpowiedzi ankiety. O pracy jako pasji, jej znaczeniu w pomocy ludziom i wadze dla nich, jesteśmy w większości wręcz przekonani. Jeśli jednak mówimy o zarobkach, to o tym, że są zdecydowanie wysokie, adekwatne do pracy i mamy szanse na awans – nie mamy przekonania. Wręcz przeciwnie – ponad pięćdziesiąt procent mówi tu „nie” i „zdecydowanie nie”. Finansowa frustracja dziennikarzy rośnie.

Czytelniczy balsam i rozczarowanie

Co nas w takim razie motywuje? Prawie osiemdziesiąt procent pytanych dziennikarzy podkreśla, że najważniejsza jest reakcja czytelników. To zwykłe dziękuję, czasem samo spojrzenie. Albo informacja, że dzięki artykułowi udało się zebrać pieniądze na operację, leczenie czy jakąkolwiek pomoc. To cieszy i sprawia, że za każdym razem zaczynamy wierzyć na nowo w sens tej pracy. 

I odwrotnie – nic tak nie dołuje jak pretensje tych, którym chciało się pomóc. Robiłem co potrafię, by opisać, poruszyć, wywołać właściwą reakcję. I czasem nawet jest pomoc, reakcja i wsparcie, ale potem słyszę, że to nie to, że za mało. Albo pretensje, że opisałem stanowisko drugiej strony, a przecież oni racji nie mają. To codzienność chyba każdego dziennikarza, którą okrasza często hejt na internetowych forach. Pismak i dziennikarzyna to często najłagodniejsze określenia lejące się z trollowego ścieku.

Praca to stres i kiepskie zarobki

Co nas więc demotywuje w pracy? Na pierwszym miejscu przeświadczenie o coraz niższej jakości mediów – to na pierwszym miejscu wymieniło ponad sześćdziesiąt procent dziennikarzy. Niewiele mniej uznało za najbardziej demotywujące niskie zarobki i złe stosunki w pracy.

Z badań wynika też, że połowa dziennikarzy nie usłyszała w pracy pochwały ze strony przełożonego, tyle samo nie dostało nagrody czy premii. Co ciekawe, niemal tyle samo dziennikarzy przyznaje, że nigdy nie byli krytykowani. Za to w większości deklarujemy gotowość do pracy po godzinach, w wolnym czasie – generalnie – ponad miarę. 

Jesteśmy też przekonani, że dziennikarzowi ciężko znaleźć pracę w zawodzie i wcale nie łatwiej poza nim. Stąd ponad osiemdziesiąt procent ludzi mediów nie zmieniło pracy w ciągu ostatnich trzech lat. Zresztą większość dziennikarzy nie wie czy będzie pracować w tym samym wydawnictwie, jeszcze więcej nie ma nadziei na podwyżkę.

Frustracja dziennikarzy niewygasająca

I co z tego? Pewnie wydawcy uznają, że wyniki ankiety to efekt przesadnych żądań płacowych. Jedni uznają, że i tak taniej wydawać  gazetę korzystając z usług stażystów i praktykantów niż inwestować w ludzi. Inni uznają, że załoga i tak powinna być im wdzięczna, że przez tyle lat może pracować w tak prestiżowym medium. Jeszcze inni przyznają z rozbrajającą szczerością, że kołderka krótka i choćby chcieli – to sytuacja na rynku jest, jaka jest. 

Z drugiej strony dziennikarze wciąż mogą liczyć jedynie na swoich czytelników, bo od szefów często nie usłyszą nawet dobrego słowa. 

To ważne, że wreszcie ktoś przeprowadził takie badania. Potwierdzają one to, o czym się po chichu mówiło, a czego nie wypadało głośno artykułować. Niedawno robiłem relację z protestu pracowników sądowych. Po serii pytań i nagranych wypowiedzi jedna z stojących obok dziennikarek szepnęła jakby do mnie, trochę jakby do siebie: a my kiedy? Pewnie przed tym dylematem stoi wielu pracowników mediów, także tych lokalnych.

Miejmy nadzieję, że my nigdy. Zapewne wszyscy wolelibyśmy nadal opisywać protesty niż je organizować.