Na Dzień Żołnierzy Wyklętych

Dzień Żołnierzy Wyklętych

Dlaczego bohaterstwo mylimy z heroicznością cnót? Dziś Dzień Żołnierzy Wyklętych. Z którym pogodzić się nie potrafimy. Albo nie chcemy.

To polskie przekleństwo. Widoczne szczególnie w taki dzień jak dziś. I szczególnie na Podhalu.  Dzień Żołnierzy Wyklętych, upamiętnienie tych, którzy walczyli z komuną. To także dzień zajadłych sporów. Szczególnie tu, na Podhalu, któremu tak bardzo ciąży piętno Józefa Kurasia „Ognia”.

Dziś łatwo oceniać. Przysłuchując się wszystkim dyskusjom wniosek pojawia się jeden. Oceniamy wszystko z dzisiejszej perspektywy. Bogaci o dzisiejszą wiedzę, znajomość ówczesnej geopolityki, a przede wszystkim jej następstw. Siedząc w głębokim, wygodnym fotelu  popadamy w skrajności.

Jedni widzą w Kurasiu świętego, który dla ojczyzny przelał krew i nawet zasypiał z hasłem „Wolna Polska” na ustach. Pomnik, spiżowy symbol. Nawet jego ewidentny błąd przekręcają w cnotę. Tylko aureolę dorysować.

Drudzy widzą wcielenie zła. Bandytę. Dokładnie tak, jak chciała stalinowska propaganda. Z wszystkimi komunistycznymi wytworami i mitami krwawego mordercy Żydów, Słowaków czy pospolitych górali. Złodzieja i rzezimieszka. Zdrajcę.

Dzień Żołnierzy Wyklętych. Gdy grzech jest cnotą

A prawda? Pewnie jej nie odkryjemy do końca jeśli nie spróbujemy wejść w skórę młodego chłopaka, któremu Niemcy mordują żonę i rocznego synka paląc ich w rodzinnym domu.

Wówczas zmienił swój partyzancki pseudonim Orzeł na Ogień. Oszalał z rozpaczy? Na pewno z żądzy zemsty. Prosty, niewykształcony chłopak z rogatą, góralską duszą nie potrafi też poddać się rygorom wojskowym AK. Szczególnie, gdy dowódca, oficer z wyższych sfer wyjeżdża na święta, podkomendnym każąc pilnować obozu. Nie pilnowali. Poszli do wsi. I Niemcy obóz rozbijają. A AK wydaje na Ognia wyrok śmierci za niesubordynację.

Największy grzech? Półroczny mariaż z komuną. Kuraś został dowódcą UB w Nowym Targu. Tego nie można mu wybaczyć. Bezpieka tępi pozostałości akowskiej partyzantki. W końcu przejrzał? A  może obawiał się, że prędzej czy później i jego czeka to, co on i jego podkomendni serwują partyzantom? Tego nie wiemy. Można jednak być niemal pewnym, że Ogień podejmując pracę w UB nie wiedział z czym się to wiąże, co oznacza. Wierzył, że z biało-czerwoną opaską i orzełkiem na czapce wszyscy będą wprowadzać nowy ład? Bo niby skąd miał wiedzieć, że będzie inaczej? W lesie usłyszał?

Dla jednych jest łajdakiem, który kolaborował. Dla innych Konradem Wallenrodem, który jeśli już współpracował, to na pewno dla Ojczyzny ratowania.

Ogień ze swymi ludźmi idzie z powrotem do lasu. I dziś nie sposób do końca ocenić co z  potężnej, czarnej legendy jest prawdą, a co efektem ubeckiej propagandy. Ile przypisywanych mordów, napaści, kradzieży jest autorstwa jego i jego ludzi, a ile pospolitych bandytów, których w powojennym kraju pełnym broni musiało być mnóstwo?

Z drugiej strony – nie ma co się łudzić – do lasu nie szli wyłącznie szlachetni  rycerze przepojeni patriotyzmem. A gdy śmierć jest tak powszechna, to i pociągnięcie za cyngiel nie  stanowi wielkiego dylematu. Życie było tanie.

Plując pod wiatr

Historia Ognia to gotowy scenariusz na film. Jest tragedia, zemsta, zdrada, miłość i tragiczna, samobójcza śmierć w obławie.

Dlaczego nie chcemy widzieć Ognia takiego jakim był, a przynajmniej mógł być? Dlaczego za wszelką cenę jego zwolennicy dopisują mu niezasłużoną heroiczność cnót jak gdyby szykowali się do jego kanonizacji w Watykanie? Dlaczego przeciwnicy nie są wstanie zaakceptować choćby jednego, dobrego czynu widząc w  człowieku kaprawego bandytę, którego trzeba potępiać? A przynajmniej opluć?

Dlaczego nie potrafimy nabyć do historii odpowiedniego dystansu? Święto Żołnierzy Wyklętych powinno nauczyć nas innego spojrzenia. Tymczasem często ci którzy wynoszą na ołtarze Kurasia, jednocześnie bez skrupułów opluwają Wałęsę.

A czymże jest Prawda – zapytam za Piłatem.