Dobroczynność hejtem podlewana

dobroczynność

Pracujesz? Dobrze wyglądasz? Nie zżera cię gangrena, nie gniją członki? Nie masz widocznych wrzodów ani robactwo nie lęgnie ci się w ranach? To dlaczego chcesz pomocy?

Kończy się sezon dobroczynności. Jeden procent. Okazja, by zostać Mikołajem, komuś pomóc nie wydając ani grosza. Przekazać swój procent podatku. Komu? To często też problem. Szukamy więc w sieci biednych dzieci. Chorych, kalekich, ubogich. Takich, których sam widok kręci łezkę w oku. Cóż może być bardziej wzruszającego niż płaczące dziecko? A jeśli jeszcze na dany temat nakręci program telewizja lub napisze popularna gazeta – podatkowe portfele otwierają się, a pieniądze leją się szerokim strumieniem.

Dobroczynność i szpilki w oczach

-Pracujesz? – to tekst krótkiego komentarza pod prośbą o przekazanie jednego procenta – pytania jakie znalazłem na Facebooku Angeliki.

Intencja pytającego wydaje się jasna. Nie trzeba było dalszych wyjaśnień. Pracujesz? Dobrze wyglądasz? Co z tego, że siedzisz na wózku jeśli na bezwładne nogi zakładasz modne szpilki? Zanikają ci mięśnie? Sorry, trzeba było robić bardziej nieszczęśliwą minę. Z uśmiechem na ustach litości nie wzbudzisz.

Z podobnym problemem spotykam się gdy rozmawiam z chorymi na mukowiscydozę. Tymi dorosłymi.

Maciek mieszkał przez pewien czas naprzeciwko mnie. Póki było w miarę dobrze, nie chciał słyszeć o przeszczepie. Dopiero, gdy powietrza w płucach zaczęło drastycznie brakować zdecydował się, by ze wstydem wyciągnąć rękę z prośbą o pomoc. Przyjaciele i znajomi zaczęli się organizować. W teatrze był charytatywny koncert. Ktoś zauważył, że Maciek przyjechał czerwonym, sportowym mercedesem. Nie nowym, ale wystarczająco odlotowym, by kłuć w oczy. Samochód kupił mu ojciec. Chciał, by Maciek zakosztował choć odrobiny szaleństwa w swoim krótkim życiu. Na skomplikowaną operację jednak pieniędzy nie miał. Milionowa kwota przekraczała wyobrażenie.

Głosów oburzenia na widok samochodu nie sposób było nie usłyszeć. Pomagać komuś, kto jeździ taką furą?

Udało się w końcu po długich korowodach załatwić pieniądze z NFZ. Maciek zmarł po przeszczepie. Może gdyby nie paniczny strach przed proszeniem o pomoc, udałoby się uratować mu życie?

Ilekroć rozmawiam z chorymi – czuję jak ta obawa jest wielka. Dobroczynność budzi lęk. Strach przed posądzeniem o wyłudzanie, naciąganie. Obawa zaszufladkowania w kategorii naciągaczy. Tych, co nic nie robią, a chcą. A jeśli robią – to jakie mają prawo wyciągać rękę po jeden procent?

Dobroczynność konra hejt

Bo bieda, choroba muszą mieć twarz tragiczną. Nie bez powodu „zawodowi” żebracy ćwiczą chodzenie z powykręcanymi nogami, albo pokazują ropiejące rany na nodze. Budzą litość. A za tym idzie już jak wyrzut sumienia pieniążek, niczym podatek od własnego szczęścia.

Angelika w szpilkach na wózku wyjaśnia, że pieniędzy potrzebuje nie na nowe buty, ale rehabilitację. Kosztowną, bo stałą, codzienną. I nie refundowaną. Jej miesięczny koszt to 2 tys. zł. Rocznie 24 tysiące. Pieniędzy, które trafią na subkonto nie może wydać na nic innego. Zarządza nimi fundacja, która zwraca tylko udokumentowanie koszty. Ale ludzi kłują w oczy szpilki Angeliki i jej zgrabna sylwetka.

A ile hejtu popłynęło z sieci gdy Kora poprosiła o pomoc na leczenie nowotworu? Nie pomagały nawet tłumaczenia, że nie chodzi tylko o nią, ale cały system leczenia nowotworu jajnika i refundowanie leku, którego miesięczny koszt sięga 24 tys. zł. Jadu, który pojawił się w komentarzach nie da się cytować.

To czego chcesz?

Co w nas jest takiego co nie pozwala spojrzeć na proszących bez podejrzliwości? Dlaczego każdego traktujemy jak oszusta i naciągacza, dając się łatwo prawdziwym naciągaczom naiwnie wykorzystać?

Pracujesz? Dobrze wyglądasz? Nie zżera cię gangrena, nie gniją członki? Nie masz widocznych wrzodów ani robactwo nie lęgnie ci się w ranach? To czego chcesz?



(Późniejszy tekst) »